Reklama
  • cheftain 2015-07-05 14:56:54

    Scenariusz rozpadu Ukrainy

    Wbrew sielankowemu obrazowi pomajdanowej Ukrainy, który prezentują polskie media, państwo to pogrąża się w coraz większym kryzysie politycznym, społecznym i gospodarczym. Wszystkie problemy tego kraju, które miały zniknąć dzięki zwycięstwu majdanowej rewolucji, nie tylko, że nie zostały usunięte, ale narastają. Przede wszystkim korupcja i oligarchizacja. Dodać do tego trzeba jeszcze katastrofalny stan finansów i gospodarki, grabież majątku państwowego, rosnącą przestępczość oraz brutalne tłumienie przez reżim w Kijowie wszelkich przejawów opozycji i protestu społecznego. Szczytem groteski było mianowanie byłego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego gubernatorem obwodu odeskiego.

    Prezydent Poroszenko postawił przed nowym gubernatorem zadanie zlikwidowania w ciągu roku korupcji i niesprawiedliwości, zreformowania gospodarki oraz oczywiście powstrzymania „rosyjskiej agresji”, która ma nadejść z Krymu. Jest to o tyle zabawne, że Saakaszwili nie potrafił rozwiązać tych problemów, o „rosyjskiej agresji” nie wspominając, kiedy w latach 2004-2007 oraz 2008-2013 był prezydentem Gruzji.

    Kijowski reżim reprezentuje głównie interesy oligarchii, popieranej przez amerykańskiego patrona, który spodziewa się m.in. zrobienia świetnego interesu na dostawach broni i tzw. prywatyzacji ukraińskiej gospodarki. W sytuacji rozkładu państwa władza w Kijowie deklaruje wydanie co najmniej 5 proc. budżetu na uzbrojenie armii, co grozi dalszą zapaścią gospodarczą. Większość polskich polityków i dziennikarzy najprawdopodobniej nie ma świadomości tego, że wielkimi krokami zbliża się dzień kolejnej rewolucji na Ukrainie. W przeciwieństwie do sponsorowanych rewolucji z 2004 i 2014 roku ta będzie rewolucją autentyczną.

    Będzie to spontaniczne wystąpienie socjalne, które zostanie wykorzystane przede wszystkim przez neobanderowców do całkowitego opanowania władzy w państwie. Taki bieg wypadków może przyspieszyć proces dezintegracji Ukrainy i wyłaniania się z niej kolejnych tworów quasi-państwqowych. Przy granicy z Polską mogą powstać przynajmniej dwa takie państewka: Republika Zachodnioukraińska i Ruś Karpacka. Konsekwencją kryzysu politycznego i rozpadu państwa będą setki tysięcy uchodźców, którzy w pierwszej kolejności skierują się do Polski. Na to w Warszawie nikt nie jest przygotowany, bo takiego scenariusza nie bierze się tam na poważnie pod uwagę.

    Konflikt światowy

    Banderowskie oblicze pomajdanowej Ukrainy zostało w końcu dostrzeżone w USA, co spowodowało zablokowanie przez Kongres dostawy przenośnych zestawów rakietowych dla ukraińskich sił zbrojnych. Komentując przyjęcie swojego wniosku w tej sprawie kongresman John Conyers jr. stwierdził, że pomoc wojskowa i szkolenia zostają zawieszone, „aby upewnić się, że ich adresatem nie jest neonazistowski batalion [pułk – BP] Azow”. Dodał, że doświadczenie uczy, iż „nadmierna pomoc wojskowa i militaryzacja może destabilizować sytuację i uderzać ostatecznie w nasze interesy narodowe” (kresy.pl, 12.06.2015). Stany Zjednoczone mogą sobie pozwolić na taki komfort, dyktowany niewątpliwie względem na opinię publiczną, ponieważ w Europie Środkowej mają podwykonawców swojej polityki, którzy nie cofną się przed najdalej idącą współpracą z władzami w Kijowie.

    W Polsce pułk „Azow” cieszy się ogromną sympatią. Wystarczy przeczytać artykuł na jego temat w polskiej Wikipedii oraz wpisy na różnych portalach określających się prawicowymi, których publicyści definiują prawicowość jako nieprzejednaną wrogość do Rosji i bezkrytyczne uwielbienie Ukrainy. Zresztą nie tylko pułk „Azow” jest w Polsce komplementowany, o czym świadczy chociażby artykuł w „Tygodniku Powszechnym” przedstawiający batalion im. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów jako wielkich przyjaciół Polski (Monika Andruszewska, „Reportaż spod Doniecka: byliśmy w batalionie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów”, tygodnik.onet.pl, 26.02.2015). Z artykułu tego dowiedziałem się m.in. o przekazaniu temu batalionowi biało-czerwonej flagi przez posłankę PiS Małgorzatę Gosiewską. Ochotników z Polski walczących po stronie separatystów ściga prokuratura, natomiast ochotnik walczący w batalionie „Donbas” jest przedstawiany jako bohater i polski patriota (Agnieszka Lichnerowicz, „Polak walczy w Donbasie po ukraińskiej stronie”, metro.gazeta.pl, 3.03.2015).

    Pomimo protestów części polskiej opinii publicznej przeciwko wojnie na Ukrainie, a właściwie wojnie światowej – ponieważ jest ona częścią globalnej rozgrywki – cały czas konsekwentnie forsowana jest polityka zaangażowania Polski w działania wojenne. Mamy do czynienia z pozornie łagodnymi, ale faktycznie aktywnymi formami zaangażowania, jak wysyłanie ekspertów wojskowych i broni, współpracą w zakresie produkcji uzbrojenia, tolerowaniem ochotników walczących po stronie ukraińskiej oraz pomocą finansową, której rozmiary są ukrywane przed polskim społeczeństwem. Angażując kraj w konflikt militarny, polska „partia wojny” tworzy ewidentne zagrożenia i działa wbrew interesowi Polski. Absurdem polskiej polityki jest brak zrozumienia roli mediatora oraz ciągła eskalacja działań antyrosyjskich i narracji rusofobicznej. Sternicy tej polityki nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć, że interesem Polski jest trzymać się jak najdalej od globalnego konfliktu – jak czynią to Czechy, Słowacja i Węgry – a nie odgrywać rolę kraju frontowego i inicjującego działania zaczepne.

    Scenariusz konfliktu zarysowuje się coraz bardziej niebezpiecznie. Jego przyczyną, najogólniej rzecz biorąc, jest to, że w rezultacie m.in. globalnego kryzysu gospodarczego kończy się świat zdominowany po 1991 roku przez Stany Zjednoczone. Inicjatorem globalnego konfliktu są siły, które nie chcą się pogodzić z perspektywą utraty przez USA statusu jedynego hegemona i powrotu do świata dwu- lub nawet wielobiegunowego. W ostatnim czasie doszło do zmian doktryn obronnych w Chinach i Rosji. Zmiany doktryny wojennej zostały zainicjowane również przez NATO i Niemcy. Idą one w kierunku podwyższenia gotowości bojowej i są elementem coraz bardziej agresywnych przygotowań do trzeciej wojny światowej.

    4 kwietnia 2015 roku George Soros w wywiadzie dla „Die Welt” zażądał większego zaangażowania UE w konflikcie na Wschodzie. Stwierdził, że „dla powstrzymania Rosji” należy zrobić wszystko, aż „do udziału w bezpośredniej konfrontacji militarnej z Rosją”. 21 kwietnia największe stronnictwo w Parlamencie Europejskim, czyli Europejska Partia Ludowa (EPP) – do której należą PO i PSL – przyjęła uchwałę o konieczności większego zaangażowania w konflikt z Rosją, uznając ten kraj za wroga UE. „Musimy wyjaśnić, że tak, jesteśmy gotowi iść na wojnę za to, co uważamy za żywotne zasady przyszłości Europy” – czytamy we wspomnianej uchwale. Wpływowi politycy EPP wystąpili z postulatem powrotu do nuklearnego zastraszania. W związku z tym, że UE nie dysponuje arsenałem nuklearnym, ani nawet własnymi siłami zbrojnymi, chodzi tu o arsenał NATO, a ściślej USA. 27 maja przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO – czeski gen. Petr Pavel – zapowiedział, że w przypadku agresji ze strony Rosji Sojusz Północnoatlantycki użyje przeciw niej broni nuklearnej. Z tą wypowiedzią współbrzmią słowa Edwarda Lucasa, wiceszefa amerykańskiego Center of European Policy Analysis (CEPA). Podczas międzynarodowej konferencji poświęconej globalnemu bezpieczeństwu GLOBSEC 2015 (Bratysława, 19-20 czerwca) powiedział on, że „Polska będzie bezpieczniejsza, jeśli będzie miała na swoim terytorium amerykańskie głowice nuklearne”.

    Nietrudno sobie wyobrazić, że Rosja zareaguje na rozmieszczenie amerykańskiej broni nuklearnej w Polsce – skąd rakieta z głowicą jądrową doleci do Moskwy w cztery minuty – tak jak USA zareagowały na instalację radzieckich rakiet na Kubie w 1962 roku. Nowa doktryna obronna Rosji zakłada odpowiedź z użyciem broni nuklearnej na atak ze strony NATO nawet w przypadku, gdy będzie to atak tylko z wykorzystaniem broni konwencjonalnej.

    Co jakiś czas w polskich mediach występują różni podżegacze wojenni, jak np. właściciel agencji wywiadowczej „Stratfor” George Friedman, strasząc polskie społeczeństwo nadciągającą agresją ze strony Rosji i udzielając dobrych rad. Najogólniej sprowadzają się one do zwiększenia wydatków na obronność i zaakceptowania amerykańskiej obecności wojskowej w Europie Środkowej.

    Niestety nic nie wskazuje, by odejście od samobójczego pchania się Polski w konflikt globalny było realne. Polską scenę polityczną zdominowała „partia wojny”, do której należą wszystkie główne siły polityczne, zarówno sprawujące władzę jak i będące w opozycji. Nie wierzę w zmianę polityki w sprawach ukraińskich po ewentualnym przejęciu władzy przez PiS, ponieważ nie jest tajemnicą, że partia ta ma powiązania z najbardziej skrajnymi siłami politycznymi w USA – prącymi od lat do konfliktu światowego – czyli tzw. neokonserwatystami. Sojusz polsko-banderowski będzie się zatem umacniał i prędzej czy później doprowadzi do katastrofy. Polscy politycy nie stawiają pytań. Wolą szermować frazeologią konfrontacji i agresywnej polityki amerykańskiej, co może doprowadzić do eskalacji kryzysu ukraińskiego na skalę zagrażającą wojną światową.
    Bohdan Piętka
    Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2015r.)



Reklama
Reklama