Reklama
  • kąkol 2014-07-23 23:38:57

    Wielkie poparcie Ukrainy przez Polskę Kilka zdań wypowiedzianych przez Polaków o barbarzyńskich posunięciach ruskich w tym ze kraju rozgrzebywanie historii z ostatnich lat kto z kim za co ile a w tym czasie w Polsce rozdaje premier ostanie dobra techniczne chemiczne i co popadnie między innymi ruskim to powinno nas najbardziej w tej chwili obchodzić

  • cheftain 2014-07-24 21:35:37

    Puszkin i Tołstoj odpowiedzą za „zbrodnie” Putina

    tolstoy.jpg
    Jako przyczynę rezygnacji z organizacji roku polskiego w Rosji i rosyjskiego w Polsce w 2015 roku rząd polski podał fakt zestrzelenia malezyjskiego boeinga. Strona polska przyjęła tym samym za pewnik, że za tragedią cywilnego samolotu stali Rosjanie. Co ciekawe, opinia podobna powzięta została wbrew ocenie amerykańskiej, według której nie ma dowodów na bezpośredni udział Rosjan w zestrzeleniu samolotu.

    Rząd polski po raz kolejny wykazał się działaniem emocjonalnym, wychodząc w dodatku przed szereg. Zachowanie rządu polskiego będzie bowiem odczytane przez Rosjan w sposób jednoznaczny – Polacy po Smoleńsku obarczają Rosjan za kolejną lotniczą tragedię.

    Podobne działanie władz polskich świadczy dobitnie o tym, że w relacjach z Rosją tracą one elementarne poczucie racjonalności. Czy nie można było bowiem poczekać z decyzją o „odłożeniu i to na długo” obchodów, jak się wyraził szef polskiego MSZ, do momentu uzyskania bezdyskusyjnych dowodów na rzekomą winę Rosji? Co będzie, gdy okaże się, że samolot zestrzeliły jednak wojska rządu w Kijowie albo przypadkowo siły Republiki Donieckiej? Rząd polski zacznie negocjować przywrócenie organizacji imprez zaplanowanych na przyszły rok? Reakcja Rosji wydaje się w podobnym przypadku jasna do przewidzenia. Odstąpi ich organizację Czechom albo Węgrom, których rządy umiały trzymać nerwy na wodzy. Bezdyskusyjnym, acz nie podnoszonym przez nikogo, jest też fakt, że Polska w odróżnieniu od np. Holandii nie jest stroną w całej sprawie.

    Ktoś mógłby powiedzieć, że rok polski w Rosji i rosyjski w Polsce nie jest oczywiście czymś, czego odwołanie wpłynie na bieg polityki światowej. Nie w tym jednak rzecz, nas bowiem powinny interesować stosunki dwustronne z Rosją. Rezygnacja z cyklu imprez, przede wszystkim o charakterze kulturalnym, mająca na celu zbliżenie społeczeństw obu narodów, wobec ciągłego naprężenia we wzajemnych relacjach, mogła odegrać bardzo pozytywną rolę.

    Lepsze poznanie się i zbliżenie Polaków z Rosjanami, nawet przy braku akceptacji wszystkich oficjalnych działań ich rządu, powinno być działaniem ze wszech miar przez Polskę wspieranym. Odwracanie się od społeczeństwa rosyjskiego jest kardynalnym błędem, podobnie jak poświęcanie na ołtarzu walki „o wolność waszą i naszą” stosunków gospodarczych. Czekać tylko należy, kiedy rząd polski storpeduje skutecznie swoimi zakulisowymi działaniami kontrakt stulecia podpisany przez bydgoską Pesę ze stroną rosyjską? Wszak z „Mochami” nie możemy mieć żadnych wspólnych interesów...

    Maciej Motas

  • cheftain 2014-07-29 13:26:18



    Każdy ma swój Smoleńsk


    Na naszych oczach narodziła się nowa, obok istniejącej już od 2010 roku sekty smoleńskiej – sekta doniecka. Jej patronem, ojcem duchowym i ideologiem jest Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. Tak jak ta pierwsza całkowitą odpowiedzialnością za katastrofę (dla niej zamach) obarczyła Putina, nie dopuszczając do wiadomości faktów sprzecznych z tą wiarą – tak i ta druga, zanim jeszcze samolot malezyjskich linii lotniczych zdążył ostygnąć – natychmiast wskazała sprawcę. Jest nim także Putin.

    Adam Michnik w dzień po katastrofie już wiedział – pisząc wybity na pierwszej stronie wstępniak pt. „Zbrodnia Putina”. Poszedł więc w ślady posła Artura Górskiego z PiS, który już w pociągu jadącym ze Smoleńska do Warszawy, udzielił wywiadu, w którym za katastrofę Tu-154 na Siewiernym obarczył Rosjan. Wtedy narodziny sekty smoleńskiej zostały powstrzymane na miej więcej trzy miesiące, bo nie było ku temu atmosfery i woli politycznej. Dopiero po wyborach prezydenckich, po przegranej Jarosława Kaczyńskiego, który w spocie telewizyjnym w czasie kampanii zwracał się do naszych wschodnich sąsiadów z przesłaniem „Bracia Rosjanie”, pojawił się rozkaz do ataku. Zepchnięta na margines na czas wyborów „Gazeta Polska” wróciła do łask i stworzyła szybko ideologię sekty smoleńskiej.

    „Gazeta Wyborcza” od samego początku z pogardą traktowała sektę smoleńską, ośmieszając ją, wskazując na ewidentne kłamstwa i manipulacje. Nie minęły cztery lata a ta sama „Gazeta Wyborcza” buduje ideowe i propagandowe fundamenty własnej sekty. Już możemy powiedzieć, że nie różni się ona prawie w niczym od tej pierwszej. Ta sama mistyczna wiara w demoniczną moc Władimira Putina, naciskającego guziki, mordującego z zimną krwią, zacierającego ślady i uruchamiającego machinę kłamstw i propagandy. Pojawiły się nawet stare chwyty w rodzaju – „zbezczeszczone zwłoki leżące w błocie” (mimo, że na miejscu katastrofy panowała wręcz susza).

    Taka sama jest również odporność fakty. Jeśli więc pojawia się informacja zgodna z wyznawanymi przez sektę poglądami nadaje się jej wielkie znaczenie, mimo że często jest to zwyczajna fałszywka lub plotka,. Tak było np. z podrzuconymi przez Służbę Bezpeky Ukrainy (SBU) nagraniami głosów separatystów z Doniecka sugerującymi, że to oni dokonali zestrzelenia. Na drugi dzień okazało się, że nagrania są zmanipulowane, tak samo jak filmik przedstawiający rzekomo wycofujący się z terytorium Ukrainy zestaw rakietowy BUK. Mentalność sekty ma jednak to do siebie, że przyjmuje się każdą bzdurę jako prawdę objawianą. Tak samo jak wiadomości sprzeczne z tą wiarą określa się mianem „rosyjskiej propagandy”. To wygodne, zwalania bowiem od odniesienia się merytorycznego do faktów przedstawianych przez drugą stronę. Owszem, mogą być one nieraz nieprawdziwe czy naciągane, ale mogą też być prawdziwe. Lepiej jednak wszystkie takie informacje z góry określić jako propagandę morderców zacierających ślady.

    W „Gazecie Wyborczej” rolę „demaskatora” rosyjskich mediów gra Wacław Radziwinowicz, korespondent z Moskwy. Od wielu lat jego korespondencje charakteryzują się skrajną tendencyjnością, złośliwością i prostactwem. W jednym z najnowszych numerów GW przekonuje, że rosyjska telewizja „codziennie aplikuje narodowi cztery godziny nienawiści, odmieniając przez wszelkie przypadki: „banderowcy”, „naturalni faszyści”, „zwyczajne ludobójstwo”. Tak się składa, że też oglądam rosyjską telewizję (chyba to nie jest jeszcze zakazane?) i mogę stwierdzić autorytatywnie, że redaktor GW kłamie, i to jak z nut. Dawki nienawiści nie widzę, w przeciwieństwie do „naszych” mediów, które osiągnęły w tej dziedzinie prawdziwe mistrzostwo.

    Polska telewizja pokazuje konflikt na Ukrainie z perspektywy komunikatów SBU i buńczucznych komentarzy ukraińskich polityków. W rosyjskiej też to pokazują, ale dodatkowo to, co naprawdę dzieje się w Donbasie i wokół niego. Pokazuje to czego u nas nie uświadczysz – leżące na ulicach ofiary ostrzału ukraińskiej artylerii, zniszczenia dokonane przez lotnictwo Ukrainy bombardujące mieszkalne osiedla w Doniecku czy Ługańsku, rozbite kolumny wojsk ukraińskich i trupy jej żołnierzy, pojmanych jeńców armii ukraińskiej, obozy uchodźców z terenu Ukrainy, rozmowy z tymi ludźmi itp. Jako symbol niech posłuży to, jak w „naszych” mediach przedstawiano spalenie przez bojówki banderowskie i kiboli ponad 50 ludzi w Domu Związków Zawodowych w Odessie. Wynikało z tych przekazów, że ofiary podpaliły się same. Teraz bierze się za dobrą monetę „informacje”, że to sami powstańcy ostrzeliwują miasta, których bronią!

    Mamy tu klasyczny podział na siły Dobra (Ukraina) i Zła (Rosja). Michnik pisze: „Putin nie jest politykiem typu europejskiego; to polityk, który uprawia permanentne awanturnictwo. Wiele wskazuje na to, że już otworzył puszkę Pandory – z Rosji do Ukrainy podążają szowiniści, amatorzy podboju i krwi. Uzbrojenie tych bandytów w znakomity sprzęt wojskowy jest zbrodnią”.

    Pisze to człowiek, który ani razu nie potępił wielkiej recydywy banderyzmu na Ukrainie, daje codziennie swoje łamy dla prymitywnej propagandy w wydaniu Myrosława Czecha ze Związku Ukraińców w Polsce, który poucza Polaków jak maja myśleć o sytuacji na Wschodzie. Pisze to człowiek, który tępi od lat „polski nacjonalizm”, a w przypadku bandyckiego szowinizmu ukraińskiego jest nie tylko bardzo wyrozumiały, ale wręcz go rozumie. Widocznie podziela przemyślenia Anny Applebaum, która w maju tego roku napisała tekście pod tytułem „Ukraina potrzebuje więcej nacjonalizmu”: „Ukraińcy potrzebują momentów takich, jak gdy o północy w sylwestra ponad 100 tys. ludzi na Majdanie śpiewało hymn Ukrainy. Potrzebują więcej okazji, przy których będą mogli krzyczeć „Chwała Ukrainie – chwała jej bohaterom”. Tak, to był slogan kontrowersyjnej Ukraińskiej Powstańczej Armii w latach 40. ubiegłego wieku, ale został przystosowany do nowej sytuacji”.

    Przyznam szczerze, że głoszenie takich tez jest wyjątkowym przejawem cynizmu – jak widać jednak Adam Michnik jest tego samego zdania. To tylko Polacy i Rosjanie nie mogą mieć uczuć narodowych, a Ukraińcy mogą sięgać nawet do zbrodniczej, rasistowskiej i atawistycznej ideologii OUN-UPA. Mogą, bo jest to wymierzone przeciwko Putinowi.

    Członkowie obu sekt są ogarnięci wszechogarniającą, często na skraju choroby psychicznej – rusofobią. Co prawda sekta Michnika udaje, że się tym brzydzi, ale jednak tylko udaje. Paweł Wroński z GW podczas audycji w TOK FM powiedział o sekcie smoleńskiej mniej więcej tak: „To co mówi Macierewicz mnie osłabia, aczkolwiek w tym co mówią jest nieraz trochę prawdy, np. to, że w naturze rosyjskiej jest kłamstwo”. Michnik z kolei pisze: „Nie utożsamiamy Putina z narodem rosyjskim, tak jak nie utożsamialiśmy z narodem rosyjskim Breżniewa, gdy rozpętywał awanturę w Afganistanie”. To stary chwyt, tyle że pozbawiony logiki, albowiem Putin ma obecnie poparcie ok. 80 proc. Rosjan. Skoro tak, to oni też są „winni”. O tym, że takie pożądane wnioski wyciągają czytelnicy GW wystarczy poczytać komentarze na forum. Poziom agresji i prymitywizmu jest tam porażający, i jakoś redaktorom GW nie przeszkadza, tak jak przeszkadzały im wpisy inne od oficjalnej wykładni. Te z kolei określano jako inspirowane przez rosyjskie służby specjalne na rozkaz Putina.

    Dzisiaj nie trzeba już czytać „Gazety Polskiej”, żeby przekonać się jakiego dna sięgnęła tzw. publicystyka w Polsce. Dzisiaj wystarczy poczytać „Gazetę Wyborczą”. Ba, „Gazeta Polska” zaczyna pozostawać w tyle. Jest jeszcze coś ważniejszego. Ta gra, jaka się toczy, nie tylko na polu propagandowym – jest toczona wcale nie o Ukrainę, o jej dobro i pomyślność. To jest gra tylko i wyłącznie przeciwko Rosji Putina, Ukraina jest tu tylko narzędziem, popycha się ją do walki bez broni i armii. Potężne siły Imperium Chaosu zaniepokojone tym, że Rosja próbuje budować równoważący układ na świecie oraz siły międzynarodowego Nihilizmu oburzone tym, jak traktuje się w Rosji tzw. mniejszości seksualne czy Pussy Riot – wypowiedziało Putinowi wojnę na śmierć i życie. Ukraina jest na pierwszej linii tego brudnego frontu. Polska niestety też.

    Jan Engelgard
    Myśl Polska, nr 31-32 (3-10.08.2014)

  • Reklama
  • cheftain 2014-08-03 15:33:10

    Ryż z jabłkami

    jablko_gala.jpg
    Rodzima klasa polityczna uraczyła nas kolejną odsłoną dramatu pod tytułem „Za niezawisłą i upowską Ukrainę”. Mało brakowało, abyśmy usłyszeli, że tragiczna ofiara Warszawy sprzed 70 lat poniesiona była również w imię tego, aby nie tylko Polska, ale i Banderlandia była dziś wolna.

    Wyświechtany frazes o wolności był bowiem odmieniany w rocznicę Powstania do znudzenia. Abstrakcyjnie pojmowana wolność urasta po raz enty do rangi dziejowego sensu istnienia Polski. Szkoda tylko, że rzadko kiedy w naszej historii walczymy o własny interes, nie zaś tylko o wolność swoją (przeważnie specyficznie pojętą) i nie swoją. Tym razem nie chodzi jednak o strzeliste mowy, mające przykryć szkodliwą dla Polski decyzję o wybuchu walk przed siedemdziesięciu laty (czym powinniśmy się rzekomo szczycić przed całym światem, utwierdzając jeszcze bardziej opinię o Polakach jako o narodzie... delikatnie ujmując, niezbyt mądrym politycznie).

    Tym razem chodzi o nasz produkt eksportowy numer jeden, naszą kluczową markę na świecie – polskie jabłka. Jak wiadomo Rosja jest ich głównym odbiorcą. Nie tylko zresztą jabłek, ale i innych owoców oraz warzyw, a także nabiału i mięsa. Logicznie rzecz biorąc winien być to partner, o którego względy każdy kolejny rząd polski, bez względu na zabarwienie partyjne, zabiega, na którego, mówiąc obrazowo, chucha i dmucha. We własnym dobrze zrozumianym interesie. Tymczasem, co możemy zaobserwować niemal od początku przemian ustrojowych (wyłączając w pewnym sensie erę prezydentury Lecha Wałęsy)? Ciągłe podłączanie się naszego kraju do kolejnych euroatlantyckich koalicji wymierzonych w Rosję.

    Bez względu, czy są to Bałkany, Białoruś, Gruzja czy Libia, Polska jest w szpicy akcji zmierzającej do pomniejszenia bądź całkowitego wyrugowania wpływów rosyjskich z danego terenu. Przeważnie ponosimy też z tego powodu wymierne koszty. W latach 90. była to utrata rosyjskich rynków zbytu dla polskiego przemysłu, co miało przemożny związek z jego upadkiem. Kolejna dekada przynosiła głównie straty na polu zbytu produkcji rolnej.

    Rosja stosuje nieprzerwanie od lat ten sam sprawdzony chwyt, po udziale Polski w kolejnej wymierzonej w jej interesy awanturze, nakłada na towary z Polski embargo. Zadziwiający jest fakt, że polska klasa polityczna, niebaczna na wieloletnie doświadczenia, za każdym razem daje, poza niezadowoleniem, dowód swojego całkowitego zaskoczenia i nieprzygotowania. Jeżeli podejmujemy ryzyko utraty rynku rosyjskiego, to zapewnijmy sobie przynajmniej zawczasu innego odbiorcę. Sprawy nie załatwią bowiem błagalne spojrzenia w stronę Brukseli ministra Sawickiego, słusznie skądinąd podkreślającego, że to nie PSL jeździł na Majdan.

    Sawicki, podobnie jak swego czasu śp. Andrzej Lepper, może mieć jednak pretensję tylko i wyłącznie do swojego współkoalicjanta, który na ołtarzu nieśmiertelnej giedroyciowskiej idei kładzie po raz kolejny interes Polski i polskich rolników. Wszak według słów ministra Sienkiewicza „lepiej płacić jabłkami niż krwią”. No tak, przecież Polska mogłaby ramię w ramię w sojusz m.in. ze szwedzkimi neonazistami walczyć orężnie o „białą Ukrainę”. A tak, minister Sawicki, robiąc dobrą minę do złej gry, musi jedynie na chybcika przekonywać coraz to bardziej egzotycznych potencjalnych odbiorców polskich jabłek, jak np. Japonię i Chiny, o dobrodziejstwach jedzenia ryżu z jabłkami...

    Maciej Motas

  • xyz 2014-08-03 21:21:22

    z jabłkami nie jest tak jak opowiada minister, tym razem podobnie jak było z mięsem winę ponoszą nasi pośrednicy

  • Niezależny 2014-08-03 21:58:05

    [cite user="xyz" date="03.08.2014 21:21"]z jabłkami nie jest tak jak opowiada minister, tym razem podobnie jak było z mięsem winę ponoszą nasi pośrednicy [/cit],Masz rację,dziś przy dworcu PKS w B-stoku polskie jabłka były po 3.99,importowane stare jabłka 3,80--paranoja,gdzie Min. Rolnictwa ? Rząd Tuska musi odejść.

  • Aleksander 2014-08-04 11:10:06

    [cytat],Masz rację,dziś przy dworcu PKS w B-stoku polskie jabłka były po 3.99,importowane stare jabłka 3,80--paranoja,gdzie Min. Rolnictwa ? Rząd Tuska musi odejść.[/cytat] Sawicki wrócił do koryta,w PSL młodych się odsuwa.,to takie dawne ZSL

  • Reklama
  • xyz 2014-08-07 20:08:14

    euro sojuz powoli zdycha

  • cheftain 2014-08-07 20:30:21

    Eurokołchoz ma się dobrze za to my przez głupią politykę mamy się źle. Pozdrawiam.

  • cheftain 2014-08-10 20:08:03

    Sikorski zawinił, Sawickiego powieszą.
    Wystarczył jeden dzień podsumowania ile będą nas kosztować rosyjskie sankcje, a polska telewizja zaczęła zmieniać ton. Już mogliśmy zobaczyć dramatyczne zdjęcia zbombardowanego – przez ukraińską armię – Doniecka, zburzone domy, poranionych, zrozpaczonych ludzi, których zabija własny rząd, już polski widz mógł zobaczyć ewakuowane, poranione dzieci ze zbombardowanego przez popieranych przez nas Ukraińców – przedszkola – ewakuowane do Rosji.

    Takich obrazków do tej pory w polskich mediach nie było, była tylko narracja o 100 ofiarach zabitych na Majdanie przez niecnego Janukowycza. Tymczasem liczba ofiar na wschodzie Ukrainy w wojnie rozpętanej przez Kijów sięga już kilku tysięcy. Straty materialne zaś idą w miliardy dolarów.

    Polscy politycy i uzależnione od nich media do tej pory jak jeden mąż przedstawiały nam tylko jedna stronę medalu, a tu taka zmiana. Zmiana „narracji” (bardzo modne słowo) czymś została spowodowana. Ale czym? No rachunkiem zysków i strat. Już się mówi o miliardach strat polskich sadowników, mleczarzy, właścicieli firm transportowych.

    Skala strat spowodowanych rosyjskimi sankcjami jest dla Polski tak duża, że doprowadzi – jak przewidują ekonomiści – do stagnacji czyli zatrzymania tego i tak niewielkiego – wzrostu gospodarczego. Za tym idą mniejsze wpływy do budżetu, wzrost bezrobocia no i już zupełnie nie wiadomo co zrobi rząd, któremu jeszcze przed sankcjami brakowało dramatycznie pieniędzy (patrz nagrania rozmowy Sienkiewicza z Belką)?

    W tej sytuacji oczywiście trzeba się będzie rakiem wycofywać z poparcia dla rozwalonej całkowicie, skorumpowanej Ukrainy, która – co tu dużo ukrywać zmarnowała w ciągu 24 lat swoją szanse na państwowość. Podejmować się popierania tego państwa w taki sposób jak zrobili to Polacy, pchać nas w konflikt z Rosją, szczuć w kraju i na arenie międzynarodowej za wprowadzaniem sankcji wobec Rosji - mógł tylko ktoś krańcowo głupi albo działający nie w naszym interesie.

    Reakcja Rosji była bowiem łatwa do przewidzenia. Nie trzeba było być wielkim prorokiem, żeby zrozumieć że Rosja nie może pozwolić na prześladowanie rosyjskiej pięciomilionowej mniejszości i że żadne państwo nie może tolerować geopolitycznej pustki, która właśnie tworzy się na Ukrainie. Putin po prostu MUSIAŁ zrobić to co robi i należało raczej zachęcać Ukraińców do umiarkowania, a nie podpuszczać ich do rewolucji i do atakowania rosyjskich interesów.

    Tymczasem na Majdan jeździł nie tylko – kompletnie nieodpowiedzialny – Sikorski (kto tak niepoważnego człowieka mógł zrobić ministrem?), ale także Kaczyński, który swojego wściekłego antyrosyjskiego nastawienia nawet nie stara się ukryć. I oto teraz, kiedy ta „majdanowa” polityka i polskiego rządu i opozycji przyniosła swoje skutki w postaci rosyjskich sankcji, odcięcia nas od korzystnych kontraktów, wyparcia Polski z rosyjskiego rynku (bo to tym się skończy) trwa gorączkowe poszukiwanie winnego.

    Słucham telewizyjnej dyskusji z udziałem polityków wszystkich partii i ani słowa nie ma tam o tym, że sankcje zawdzięczamy idiotycznej polityce Sikorskiego, Tuska i lidera PiS, że to ich działania w efekcie ściągnęły na polską gospodarkę (czyli na Polaków) klęskę gospodarczą, ale nagle okazuje się, ze winien jest minister rolnictwa Sawicki z PSL, który nie zapewnił odpowiednio wcześnie zbytu na polskie jabłka, sery, wołowinę gdzie indziej.

    Tymczasem Sawicki i jego partia znaleźli się w sytuacji Kowala co to go powiesili za Cygana na własne życzenie. Co prawda Sawicki ostatnio w radio miał powiedzieć, że to nie on stał z banderowcami na majdanie, ale PSL od początku akceptował szaloną, antyrosyjską politykę Tuska i Sikorskiego. Było się ministrze Sawicki przeciwstawiać, stawiać weto – jawnie i publicznie, a nie po cichu liczyć, że „jakoś to będzie”.

    I tylko ciekawi mnie jak ci wszyscy bezczelni krzykacze, szczujący nas do wojny z Rosją wybrną z sytuacji, kiedy Zachód zawrze z Rosją (gospodarczy) pokój?

    Janusz Sanocki
    prawica.net

  • cheftain 2014-08-12 10:13:12

    Szachtarsk a sprawa polska


    Szachtarsk leży w pobliżu miejsca, gdzie 17 lipca wydarzyła się tragedia malezyjskiego samolotu. 28 lipca został zajęty przez wojska rządowe, ale wkrótce odbili go powstańcy. 7 sierpnia wojska rządowe zbombardowały miasto pociskami rakietowymi. W Zagłębiu Donieckim jest katastrofa humanitarna.

    Nie spowodowała jej bynajmniej Rosja, ale ci, którzy na przełomie 2013/2014 r. podpalili Ukrainę z USA na czele. Za katastrofę humanitarną w Donbasie w pierwszej kolejności ponoszą winę władze w Kijowie, które brutalnie tłumią powstanie donieckie. Tragedia Donbasu obciąża także władze polskie, które aktywnie wspierają kijowską juntę. Od 10 miesięcy z polskich mediów leją się strumienie propagandy proukraińskiej (probanderowskiej) i antyrosyjskiej.

    Media te zachowują się tak jakby były kierowane przez neobanderowski Związek Ukraińców w Polsce. Polski odbiorca jest odcięty od obiektywnej informacji odnośnie rzeczywistego charakteru wydarzeń na Ukrainie. W polskojęzycznym przekazie medialnym mamy nieustanne bredzenie o "terrorystach" i kibicowanie kijowskiej juncie. O zbrodniach wojennych popełnianych przez wojska junty na ludności cywilnej Donbasu informacji w tych mediach nie ma. Jest to hańba polskiego dziennikarstwa, które pełni rolę ukraińskich askarysów (askarys to żołnierz tubylczych wojsk kolonialnych w Afryce XIX/XX w.).

    Jest to także hańba polskich władz, które zapewniły leczenie w polskich szpitalach rannym bojówkarzom z "majdanu", ale nie spieszą się z jakąkolwiek pomocą dla ofiar pacyfikacji Donbasu. W tym miejscu warto też przypomnieć, że polscy eurodeputowani ubiegłej kadencji razem z ukraińską bojówką uniemożliwili przedstawienie w Parlamencie Europejskim informacji na temat zbrodni w Odessie z 2 maja.

    Władze polskie na polecenie swych mocodawców z Waszyngtonu i Brukseli toczą wojnę gospodarczą z Rosją. Zrobiono przy tym wiele krzyku o jabłka przemilczając, że zaprzyjaźniona Ukraina przywróciła embargo na polskie mięso. Szczytem absurdu jest jednak zerwanie z Rosją stosunków kulturalnych. To nie tylko Rok Rosji, ale także Festiwal Piosenki Rosyjskiej. Należy zwrócić uwagę, że festiwal ten odwołano już w grudniu 2013 r., a to znaczy, że mamy do czynienia z zawczasu przygotowaną i realizowaną strategią konfrontacji.

    Pewnie prędzej czy później będziemy mieli festiwal pieśni banderowskiej "Czerwona Kalyna". Zwolennicy koncepcji Piłsudskiego i Giedroycia (silna Ukraina jako antyrosyjski kordon sanitarny) nie potrafią zrozumieć niczego, a zwłaszcza tego, że silna Ukraina będzie groźniejsza od Rosji. Jeszcze nie jest silna, a już słyszymy o ukraińskich prawach do Przemyśla i Hrubieszowa.

    Bohdan Piętka

  • Reklama
  • cheftain 2014-08-14 21:42:13

    Na złość Putinowi…


    Kiedy obserwuje się polskie antyrosyjskie harce polityczne, morze zalewającej głupoty, bezwstyd mediów – nasuwa się podstawowe pytanie – z czego to się bierze? Czy ludzie, wydawać by się mogło, inteligentni mogą popadać w taki stan aberracji? I jak to się dzieje, że w narodzie, który ponoć przez wieki słynął z nonkonformizmu i buntowniczej natury – tyle służalstwa, owczego pędu, panicznego strachu przez wypowiedzeniem tego, co się myśli?

    W mediach zgodny chór posłów potakiewiczów, prześcigający się w rzucaniu najordynarniejszych obelg na wroga ludzkości Putina, przy którym tacy zbrodniarze jak Hitler czy Stalin to grzeczne uczniaki i liberałowie. Dziennikarze i dziennikarzyny wycierający sobie codziennie gębę tymże Putinem i nie znoszą sytuacji, kiedy jakiś gość w studiu odważy się sądzić coś innego. Wreszcie jawni podżegacze wojenni, szaleńcy i psychopaci. To oni nadają ton – normalni ludzie muszą szukać prawdziwych informacji i opinii w Internecie.

    To stado szaleńców judziło od miesięcy, nawołując do jak „najdotkliwszych sanacji”, tak żeby Putin „to poczuł”. Denerwowało ich, że na Zachodzie takiego wojowniczego nastroju nie ma. Dziennikarzyna z TOK FM wygłaszał pełne jadu oskarżenia pod adresem państw zachodnich, pieniąc się, że są tacy ostrożni. Pewien polityk, który już od dawna reprezentuje interesy oligarchii ukraińskiej, a nie polskie – rugał rząd holenderski za to, że nie wysłał spadochroniarzy w rejon katastrofy MH 17. Pewnie o to chodziło jego kijowskim mocodawcom – sprowokować pojawienie się wojsk NATO na wschodzie Ukrainy.

    Politycy lewicy, którzy jeszcze parę lat temu byli rozważni i ostrożni – teraz przebili w rusofobii i obrzydliwiej ukrainofilii solidaruchów – co i jakim językiem wygadywał Włodzimierz Cimoszewicz, a także Aleksander Kwaśniewski, Marek Siwiec czy Ryszard Kalisz budziło jedynie zażenowanie. Ale także zastanowienie – skąd to się wzięło, skąd te gigantyczne emocje? Można się domyślać – skąd. Stare powiązania Kwaśniewskiego z ukraińskimi oligarchami-sponsorami, którym oddał Stocznię Gdańską i Hutę Częstochowa – nie są chyba związkiem platonicznym.

    W tym potwornym zgiełku nie pojawiają się żadne glosy sprzeciwu czy pytania o to, jaki jest polski interes narodowy? Czy musimy być w tym konflikcie na pierwszej linii frontu, czy naprawdę mamy coś do zyskania? Czy obecna „prozachodnia” Ukraina z oligarchami i banderowcami na czele to jest to wymarzone szczęście dla narodu ukraińskiego i dla nas? Mówi o tym tylko Janusz Korwin-Mikke, uznawany przez establishment za niepoczytalnego szaleńca, a który bardziej przypomina Georga Poniemirskiego z „Kariery Nikodema Dyzmy”, który jako jedyny poznał się kim jest fetowany jako geniusz oszust.

    I nagle, kiedy Putin – czego należało się spodziewać – uderzył w polski export jabłek i warzyw – zagotowało się. Jak on śmiał? Mamy dowód kim on jest naprawdę. To człowiek nieobliczalny. To oburzenie jest zabawne – pokazuje jakimi amatorami są główni dyrygenci tej hucpy. Pewnie myśleli, że Rosja będzie grzecznie przyjmować kolejne policzki, plucie, obelgi i sankcje. Pewnie myśleli, że oburzony naród rosyjski zdmuchnie Putina ze stanowiska, bo w sklepie nie ma francuskich serów czy polskich jabłek, a w restauracji steku.

    A tu nagle taki afront. Cóż więc robią nasi spece od walki z Rosja – ogłaszają kabotyńską akcję „Zjedz jabłko na złość Putinowi”. A ile było śmiechu, głupawych komentarzy panienek z telewizji, pozowania do kamery… Mniejsza o to, że dla setek polskich producentów nie jest do śmiechu, że dostajemy od razu, na dzień dobry, 5,5 mld w plecy. Ale kogo to obchodzi – te przyziemne troski rolników i sadowników. Cóż za małostkowe postawy?! Tu idzie o zbawienie świata, wykończenie Putlera, a ci jakimś jabłkami zawracają głowę. Ta wiocha nigdy nie rozumiała polskiego mesjanizmu, a w czasie powstania 1863 roku zdzierała buty z poległych powstańców.

    Przy okazji jednak wyszło jedno na jaw – kwintesencją polskiej „polityki wschodniej” jest robienie na złość Putinowi i Rosji. Polskie realne interesy, gospodarcze i polityczne, nie mają znaczenia, liczy się tylko ten jeden podstawowy cel. Można to osiągać na rożne sposoby – popierać złodziei i banderowców na Ukrainie, szczuć opinię polską na „krwawego” Putina (ciekawe jest to, że za tysiące ofiar na Ukrainie oskarża się zawsze i w każdym przypadku Putina, mimo że realnymi sprawcami tych ofiar są sami Ukraińcy – od prowokacji Parubija na Majdanie, przez Odessę, Donieck i Ługańsk, i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa po zestrzelenie MH 17 mające sprowokować interwencję NATO), mścić się na kulturze rosyjskiej, na Dostojewskim, Czajkowskim i Puszkinie, na Festiwalu Piosenki Rosyjskiej, wreszcie – bo i takie uczone głosy się pojawiły – wmawiać Polakom, że w Rosji szaleje, i to od dawna, polonofobia, co jest jawnym i ordynarnym łgarstwem.

    Czyż nie miał więc racji Roman Dmowski, który zdiagnozował takie postawy, szaleńcze i antypolskie, pisząc: „.Stąd odżyły na nowo stare hasła, i znów głośno się zaczął wypowiadać stosunek do Rosji, pozbawiony wszelkiej podstawy myślowej, bezkrytyczny, operujący pustymi frazesami, broniący się zaciekle przeciw wszelkiej logice, który zaślubiał duchowo rewolucjonistów, biorących od socjalizmu niemieckiego hasła walki przeciw „caratowi”, z histerycznymi starymi pannami, w których oczach wszelka próba politycznego myślenia i działania psuła „czystość” patriotyzmu. Ten stosunek do Rosji, wojujący na każdym kroku frazesem o godności narodowej, był właściwie najbardziej upokarzający, bo przemawia przezeń psychologia zbuntowanych niewolników”. Postawa taka polegała też na tym, że „zaczęliśmy ślepo dążyć do jej zguby, chociażbyśmy sami mieli razem z nią zginąć”.
    Patrząc na to, co wyprawiają w Polsce politycy, media i tzw. autorytety – Dmowski musiałby dzisiaj powtórzyć swoje opinie. Byłby nawet bardziej przerażony niż w swoich czasach.

    Jan Engelgard

  • cheftain 2014-08-17 13:41:22


    Świat dzieli się na nowo
    Niedziela, 17 sierpnia (06:00)
    Podobno wskutek sankcji państw Zachodu sklepowe półki Rosjan mają opustoszeć, podobno nasz wschodni sąsiad nie będzie w stanie szybko przemodelować swej gospodarki, by uzupełnić niedobory towarów i niebawem spokornieje... Niestety, to tylko pobożne życzenia. Gdy Zachód miesiącami debatował nad wprowadzeniem sankcji na agresywny reżim Władimira Putina, rosyjskie władze poszerzały swój blok gospodarczy. Świat podzielił się na nowo. Jak? Niektórzy mogą się mocno zdziwić.
    Czy Putin zdecyduje się uderzyć w przemysł?
    Czy Putin zdecyduje się uderzyć w przemysł? /AFP
    ważne

    Są już straty po stronie Rosji

    Wprowadzenie przez Rosję embarga na produkty z UE uderza w firmy z obwodu kaliningradzkiego - podkreślają obserwatorzy. Wiceminister rolnictwa Tadeusz Nalewajk mówił w tym tygodniu, że zdecydowana większość zakładów przetwórczych w obwodzie sprowadzała mięso z Polski i teraz, po wprowadzeniu embarga, pracują na 10 proc. swoich możliwości. więcej »

    Skutkiem zaostrzenia przez Zachód sankcji wobec Moskwy były natychmiast działania odwetowe. Jak dotychczas, wskutek dwustronnych utrudnień upadło co prawda kilka rosyjskich biur podróży, ale za to w Unii Europejskiej można zaobserwować chaos i przerażenie. USA radzą sobie nieco lepiej, ale i więzi gospodarczych łączących ten kraj z państwem Putina jest mniej. Wygląda na to, że Moskwa zdążyła dość dobrze przygotować się na sankcje. Gdzie i za co kupią Rosjanie brakujące towary?
    Zakres dwustronnych sankcji

    Sankcje sektorowe wobec Rosji, obejmujące bankowość, technologie, sektor energetyczny, broń i sprzęt wojskowy, według delikatnych szacunków Komisji Europejskiej, będą w tym roku kosztowały ten kraj 23 mld euro, a w przyszłym - 75 mld euro, co stanowi 4,8 proc. wartości rosyjskiego PKB. Wydaje się to dużo, ale prawdziwe kłopoty i to dla dwu stron konfliktu wynikają z retorsji Moskwy. Władze rosyjskie zakazały wwozu na terytorium Federacji Rosyjskiej poszczególnych rodzajów produkcji rolnej, m.in. polskich warzyw i owoców. Rosjanom nie wolno też sprowadzać surowców i przetworzonych artykułów spożywczych pochodzących z krajów, które podjęły decyzje o wprowadzeniu sankcji gospodarczych przeciwko temu krajowi bądź które przyłączyły się do takiej decyzji. Sankcje nie objęły osób prywatnych, które chciałyby wwieźć na terytorium Rosji zakupy zrobione osobiście. Putin zrobił też wyjątek dla niektórych produktów i krajów.


    Dopiero teraz poważniej rozważa objęcie sankcjami również przemysłu motoryzacyjnego. Upraszczając: na rosyjskich półkach nie powinno na przykład zabraknąć francuskiego szampana, ale zbyt wielu Rosjan w czerwcu przyszłego roku już go nie przegryzie polską truskawką. Czy jednak Rosjanin będzie sobie mógł kupić legalnego mercedesa? To już zupełnie inna sprawa.

    Zachód nie ma wyboru: musi szukać nowych rynków zbytu. Ale nie oszukujmy się: nie wszystko i nie wszędzie da się sprzedać. Czeka nas wzrost bezrobocia we wrażliwych sektorach.
    Sprytny wybieg Moskwy

    Ukłon w stronę Francuzów jest zapewne związany z ich nieprzejednaną polityką Paryża na dostarczenie FR nowoczesnych okrętów typu Mistral. Nie tylko w bardziej spolegliwej polityce wobec Moskwy poszczególnych uczestników rynku należy upatrywać nieobjęcia sankcjami niektórych produktów. Embargiem nie są na przykład objęte produkty dla dzieci - towary, które rosyjskim władzom byłoby niezwykle trudno zastąpić, sprowadzając je z innych państw, np. z Chin, gdzie normy jakościowe są tak niskie, że pozwalają na wytworzenie nawet niebezpiecznych dla życia i zdrowia produktów.
    ważne

    Czas na nacjonalizm konsumencki!

    Od pewnego czasu mamy do czynienia z kampanią zachęcającą do jedzenia polskich jabłek. Ma to być reakcja na rosyjskie embargo na nasze owoce i warzywa. Do kampanii włączył się nawet Prezydent RP. Uważamy, że jest to dobry pretekst, by zastanowić się nad świadomością polskiego konsumenta. więcej »

    Przykładem mogą być zabawki, których bezpieczeństwo użycia od kilku lat kontestują eksperci. Wracając do alkoholu, który nie został objęty embargiem, warto wiedzieć, że u podstaw takiej decyzji wcale nie musi stać przywiązanie Rosjan do napojów wyskokowych. Ważniejszym i decydującym argumentem jest fakt, że za produkcją wielu czołowych marek alkoholu wytwarzanych w Europie od kilku lat stoją już rosyjscy oligarchowie. Na przykład Russian Standard jest właścicielem Central European Distribution Corporation, która to firma produkuje takie marki alkoholu jak m.in. nasza rodzima Żubrówka, ale także Bols, Absolwent, a nawet Soplica. Gdy mówi się o tym, że 16 proc. włoskiego eksportu do Rosji stanowią wina i wina musujące, warto wiedzieć, że w portfolio Russian Standard znajduje się, m.in. słynna włoska marka wina musującego Gancia. To nie wszystko: w Rosji, Polsce i na Węgrzech rosyjski moloch reprezentuje wiele znanych marek spirytusowych, takich jak: Rémy Martin, Jägermeister, Grant"s, Campari, Cinzano, Jim Beam, E&J Gallo, Carlo Rossi oraz Concha y Toro.
    Podrabiane limuzyny

    Można się spodziewać, że rosyjscy producenci w krajach UE, USA czy Kanadzie i Australii dość długo będą mieć nad sobą parasol Putina. Jeśli stanie im się krzywda, to za sprawą samego Zachodu, oczywiście pod warunkiem, że europejskie państwa zaakceptują ryzyko związane z tym, czyli zwiększenie bezrobocia. Zapewne szybciej Putin zdecyduje się uderzyć w przemysł motoryzacyjny, którego braki będzie mógł zastąpić importem z Indii czy z Chin. Niższa jakość, ale uderzenie w Zachód i frustracja europejskich producentów - bezcenna. Od kilku lat toczy się bowiem prawdziwa wojna handlowa pomiędzy oryginalnymi producentami ze Starego Kontynentu a chińskimi wytwórcami ich mniej lub bardziej wiernych kopii. Jak dotychczas, bogaci Rosjanie częściej jednak sięgali po prawdziwe marki BMW, Mercedes czy Audi. Teraz, wskutek embarga sytuacja może się zmienić bardzo szybko.

    Podobnie będzie z żywnością, choć powszechnie wiadomo, że produkty spożywcze pochodzące z Chin są zdecydowanie niższej jakości, a niektóre z nich zagrażają zdrowiu konsumentów, Władimir Putin raczej nie będzie miał skrupułów, by zastąpić nimi dotychczasowe europejskie specjały na czas przestawienia się rosyjskiej gospodarki na własną produkcję rolną. To, czego nie da się kupić w Chinach czy w Indiach, można sprowadzić z Brazylii (nabiał) czy Argentyny (mięso) oraz Wenezueli i Kuby (owoce). Będzie drożej, ale pieniądze się znajdą, przynajmniej tak długo jak Europa będzie kupować od Rosji paliwa.

    Rosję może zalać fala podrabianych produktów niższej jakości, stracić mogą producenci produktów, których nie będzie można reeksportować, wykorzystując państwa neutralne.
    Sojusznicy i interesanci

    Władimir Putin mozolnie buduje własny blok gospodarczy. Wraz z Białorusią, Kirgistanem, Tadżykistanem i Kazachstanem tworzy Unię Celną (UC), która od 1 stycznia ma się przekształcić w Eurazjatycką Unię Gospodarczą (EUG). To dzięki tym państwo Rosja będzie mogła zaspokoić część swoich braków spowodowanych sankcjami. Putin chce jednak więcej: od początku konfliktu stara się namówić przywódców tych krajów, by nie importowali europejskich i amerykańskich towarów, a przynajmniej, by nie sprzedawali ich znów do Rosji, stając się dla UE i USA pośrednikiem, dzięki któremu Zachód ominie sankcje Kremla.

    Decyzje polityczne zainteresowanych krajów w tej sprawie jak na razie nie zadowalają Rosjan. Mińsk chce wykorzystać swą szansę, a prezydent Łukaszenka wie, że może w tym obszarze liczyć na pomoc Unii Europejskiej, która potrzebuje nowego kraju tranzytowego. Sankcje, a raczej ich omijanie może być zatem potężnym handicapem dla rozwijających się gospodarek przyszłych państw-pośredników.

    Na konflikcie Rosji z Zachodem dobrze mogą wyjść państwa dotychczas uważane za peryferyjne - wystarczy, że staną się krajami-pośrednikami, dzięki którym uda się obejść sankcje.

    Na okres prosperity mogą też liczyć kraje Ameryki Południowej, tym bardziej, że są mniej podatne na wpływy Kremla. O ile Władimir Putin mógłby sobie pozwolić na walnięciem pięścią w stół podczas rozmów z prezydentem Białorusi Aleksandrem Łukaszenką czy z władzami Kazachstanu, o tyle już takiego wpływu na wielką Brazylię mieć nie będzie. Jeszcze trudniejsza batalia czeka go w negocjacjach z południowym sąsiadem. Potwierdzeniem tego może być niedawno zawarty kontrakt gazowy między tymi państwami. Gazprom przez 30 lat ma dostarczyć Chinom około 38 mld m3 gazu rocznie.

    Nie należy przy tym wierzyć rosyjskim mediom, które oszacowały, że za 1 000 m3 surowca Rosja otrzyma 350 dolarów. Gdyby cena była faktycznie aż tak wysoka, Kreml zapewne ujawniłby oficjalnie dane dotyczące kontraktu i odtrąbił wielki sukces. Tak się jednak nie stało. Bez wątpienia jednak chińskie pieniądze pomogą Rosji przeczekać wojnę handlową z Zachodem.

    Wobec tylu niepokojących informacji naturalnie powstaje pytanie, co Zachód mógłby zrobić, aby nie przegrać konfrontacji z reżimem Putina? Kluczem do sukcesu będą rozmowy z państwami niezaangażowanymi bezpośrednio w konflikt, takimi jak Brazylia czy Chiny. Jeśli uda się Brukseli oraz Waszyngtonowi wywrzeć odpowiednie naciski na Brazylię czy Pekin będzie można wyjść z opresji zwycięsko. Nie należy mieć jednak złudzeń, że Zachód wyjdzie z tej potyczki bez szwanku."

    Jerzy Mosoń


  • r61 2014-08-17 21:32:14

    nie mogę usnąć, proszę o jeszcze..
    Może coś z serii "Poczytaj mi, mamo"

    Śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia daktyli. Jeż Kolczatek znajdujący dom na zimę w berberysie. Kłopoty ze snem kota Filemona. Niebieska dziewczynka wykradająca się nocą z obrazka... Te obrazy nigdy nie opuściły mojej wyobraźni.
    Z okazji dziewięćdziesięciolecia "Naszej Księgarni" postanowili zebrać w kilku tomach najpiękniejsze książeczki, które przez lata ukazywały się w serii "Poczytaj mi, mamo"

  • r61 2014-08-17 21:41:11

    Byłeś na wystawie koni ?

  • xyz 2014-08-18 14:46:48

    ""Kluczem do sukcesu będą rozmowy z państwami niezaangażowanymi bezpośrednio w konflikt, takimi jak Brazylia czy Chiny. Jeśli uda się Brukseli oraz Waszyngtonowi wywrzeć odpowiednie naciski na Brazylię czy Pekin będzie można wyjść z opresji zwycięsko. Nie należy mieć jednak złudzeń, że Zachód wyjdzie z tej potyczki bez szwanku."""

    U chińczyków jankesi ani eurosojuźni politycy nic nie wskórają Chińczycy nie mogą sobie pozwolić na wzmocnienie USA kosztem Rosji, na razie przez jakieś 10-15 lat muszą obie słomiane potęgi trzymać za pyski, poza tym Chińczycy bez rosyjskiego gazu nie mogą się rozwijać

  • Reklama
  • cheftain 2014-08-20 11:30:11


    Rozmiar tekstu: A A A
    Kto zarobi na rosyjskim embargu? Europa straci, świat zyska
    Środa, 20 sierpnia (08:44)
    Na rosyjskim embargu traci Europa, ale dla innych otwiera się niepowtarzalna okazja rynkowa. Kraje na całym świecie zaczynają bitwę o rosyjski rynek.


    Białoruś oraz kraje Ameryki Łacińskiej, w tym zwłaszcza Brazylia, potencjalnie mogą najwięcej zyskać na rosyjskim embargu na żywność z Zachodu. Natomiast spośród czołowych producentów rolnych, którzy na razie nie sprzedają do Rosji zbyt wiele, sankcje mogą być dużą szansą dla Nowej Zelandii.



    Podobno wskutek sankcji państw Zachodu sklepowe półki Rosjan mają opustoszeć, podobno nasz wschodni sąsiad nie będzie w stanie szybko przemodelować swej gospodarki, by uzupełnić niedobory towarów i niebawem spokornieje... Niestety, to tylko pobożne życzenia. Gdy Zachód miesiącami debatował nad wprowadzeniem sankcji na agresywny reżim Władimira Putina, rosyjskie władze poszerzały swój blok gospodarczy. Świat podzielił się na nowo. Jak? Niektórzy mogą się mocno zdziwić. więcej »

    Obowiązujące od początku sierpnia embargo na import praktycznie wszystkich produktów żywnościowych z UE, Norwegii, USA, Kanady i Australii powoduje potężną wyrwę na rosyjskim rynku. Z krajów objętych sankcjami pochodziło ponad 50 proc. rosyjskiego importu wieprzowiny, serów, drobiu, ryb i owoców morza. Wprawdzie prezydent Władimir Putin zapewnia, że sankcje nie spowodują braków w zaopatrzeniu i rosyjski konsument nie odczuje istnienia embarga, jednak jest mało prawdopodobne, by ubytek tak dużej ilości towarów udało się uzupełnić w ciągu kilku tygodni czy miesięcy, czy to własną produkcją, czy też importem.



    Co innego w nieco dłuższej perspektywie - zniknięcie z rynku towarów z 32 państw stwarza szanse zarobku dla pozostałych. W szczególności - co przyznał w zeszłym tygodniu Putin - dla tych, którzy utrzymują przyjazne stosunki z Rosją. Rozmowy z kilkoma krajami w sprawie zwiększenia ich eksportu już trwają. Dzisiaj kończy się dwudniowa wizyta w Moskwie argentyńskich ministrów przemysłu Débory Giorgi i rolnictwa Carlosa Casamiqueli, którym towarzyszą przedstawiciele branży spożywczej. Wizytę poprzedziły trwające tydzień konsultacje na temat tego, o ile Argentyna jest w stanie realnie zwiększyć swój eksport do Rosji.

    Już w tej chwili kraj ten jest czwartym odbiorcą argentyńskiego mięsa i drugim odbiorcą serów, chociaż wartość tego eksportu (kolejno: 160 mln i 36 mln dol.) nie jest duża. Obie strony widzą więc pole manewru. Gości z Ameryki Południowej podejmuje nie kto inny jak Siergiej Dankwiert, szef rosyjskiego nadzoru fitosanitarnego (Rossielchoznadzor). Od czasu ogłoszenia embarga terminarz Dankwierta wypełniają spotkania z ambasadorami krajów regionu. Przez ostatnie dziesięć dni podjął dyplomatów z Brazylii, Chile, Ekwadoru, Kolumbii, Meksyku, Paragwaju i Peru. Kraje kontynentu nie mają zamiaru cierpieć z powodu konfliktu Rosji z Zachodem, co dobitnie wyraził prezydent Ekwadoru Rafael Correa.



    - Nie będziemy pytać nikogo o pozwolenie sprzedaży żywności do krajów, z którymi mamy dobre stosunki. Ostatecznie Ameryka Łacińska nie należy jeszcze do UE - stwierdził prezydent. Przy czym dla kontynentu embargo to nie tylko okazja na zarobienie dodatkowych pieniędzy. Eksport pod każdą postacią stanowi dla Argentyny źródło dewiz, do których kraj ma utrudniony dostęp od czasu kryzysu ponad dekadę temu (a ostatnia awantura wokół spłaty długów funduszom hedgingowym z pewnością nie pomogła). Z kolei Brazylia widzi w zwiększeniu eksportu do Rosji szansę na rozruszanie zwalniającej gospodarki, która od kilku miesięcy balansuje na granicy recesji.

    Jednocześnie ze wszystkich krajów regionu to właśnie Brazylia ma największe szanse skorzystać na embargu. Już teraz kraj jest największym eksporterem do Rosji mrożonej wołowiny (ponad połowa rosyjskiego importu) i wieprzowiny. W każdej z tych kategorii produktów należy też do światowej czołówki eksportowej, a więc nie jest uzależniona od jednego odbiorcy, a z racji rozmiaru kraju łatwo będzie jej zwiększyć produkcję. Pierwsze kroki na drodze do realizacji tego celu zostały już zresztą poczynione. Jeszcze przed wprowadzeniem embarga Rossielchoznadzor zwiększył z 50 do 91 liczbę producentów mogących dostarczać mięso.



    Moskwa szuka żywności

    Moskwa szuka żywności na innych kontynentach, bo nawet najwięksi, bliscy partnerzy nie będą w stanie zaspokoić rosyjskiego popytu. Mowa oczywiście o Białorusi, z której przedstawicielami Dankwiert również się spotkał. Według danych za zeszły rok jest ona największym eksporterem do Rosji mleka, mleka skondensowanego, masła, serów i wołowiny, największym spośród krajów nieobjętych sankcjami eksporterem drobiu i jogurtów, a pod względem wartości sprzedanych ryb, warzyw i wołowiny mrożonej znajduje się w pierwszej dziesiątce.

    czytaj również

    Rosjanie wywożą polską żywność w bagażnikach

    My na złość Putinowi jemy jabłka, tymczasem żywność z polskich sklepów wypełnia bagażniki podróżnych z Kaliningradu, którzy coraz chętniej robią zakupy w Polsce - donosi "Metro". więcej »

    Z Białorusi pochodzi ponad trzy czwarte kupowanego przez Rosję za granicą mleka skondensowanego, dwie trzecie mleka i prawie połowa masła oraz wołowiny. Problemem jest jednak to, na ile może ona zwiększyć - i to w krótkim czasie - wielkość produkcji. Tylko pod względem eksportu mleka, mleka skondensowanego i masła (globalnego, a nie tylko do Rosji) znajduje się ona w ścisłej światowej czołówce. Rosja odbiera przy tym ponad trzy czwarte ich eksportu. Na to, że znacząco zwiększy ona produkcję i eksport do Rosji, trudno liczyć.

    Dlatego Rosjanie stawiają również na żywność z Turcji i Kazachstanu. Zwłaszcza turecki biznes liczy na znaczące zwiększenie obrotów z Rosją. - Musimy koniecznie skorzystać z tej szansy. Rosja jest w stanie pochłonąć wszystko, co wyprodukujemy - entuzjazmował się na łamach "Wall Street Journal" Ahmet Özer, wiceprezydent Stambulskiej Izby Handlu. Turcja to największy eksporter warzyw do Rosji, ale tamtejsza branża spożywcza liczy także na zwiększenie sprzedaży przetworów mlecznych i mięsa.

    Wprowadzenie przez Rosję embarga na produkty z UE uderza w firmy z obwodu kaliningradzkiego - podkreślają obserwatorzy. Wiceminister rolnictwa Tadeusz Nalewajk mówił w tym tygodniu, że zdecydowana większość zakładów przetwórczych w obwodzie sprowadzała mięso z Polski i teraz, po wprowadzeniu embarga, pracują na 10 proc. swoich możliwości. więcej »

    Ale handlowy potencjał mają również bardziej egzotyczni producenci, tacy jak Nowa Zelandia. Na liście największych eksporterów do Rosji w poszczególnych kategoriach pojawia się ona tylko raz: na trzecim miejscu na rynku importowanego masła. Ale biorąc pod uwagę, że ilość sprzedawana w Rosji stanowi znikomy odsetek całego jej eksportu tego produktu, a jest ona największym na świecie eksportem masła, mleka skondensowanego i jednym z czołowych dostawców serów, możliwości rozwoju handlu są spore.

    Wielką niewiadomą są natomiast Chiny, skąd płyną sygnały o gotowości do zwiększenia obecności na rosyjskim rynku. Rzecznik tamtejszego ministerstwa rolnictwa Shen Danyang dla agencji Xinhua zadeklarował chęć zacieśnienia współpracy w zakresie żywności. Zza Wielkiego Muru trafiają głównie owoce, warzywa i ryby o łącznej wartości ok. 800 mln dol. Trudno jednak powiedzieć, czy rosyjski konsument będzie zainteresowany innymi produktami żywnościowymi z Chin, biorąc pod uwagę nie najlepszą opinię o ich jakości.

    Bartłomiej Niedziński, Jakub Kapiszewski



  • xyz 2014-08-20 16:41:29

    jedno jest pewne unia i stany doprowadziły do destabilizacji Ukrainy i rozpoczęła wojny na sankcję, sankcje które już odbijają się czkawką dla euro sojuza a będzie jeszcze gorzej bo raz straconych rynków zbytu nie da się odzyskać, a jak widać reszta świata ma głęboko gdzieś ambicje polityczne i mocarstwowe euro sojuza a i amerykanów nie wszędzie lubią

  • Aleksander 2014-08-24 13:33:12

    [cite user="xyz" date="20.08.2014 16:41"]jedno jest pewne unia i stany doprowadziły do destabilizacji Ukrainy i rozpoczęła wojny na sankcję, sankcje które już odbijają się czkawką dla euro sojuza a będzie jeszcze gorzej bo raz straconych rynków zbytu nie da się odzyskać, a jak widać reszta świata ma głęboko gdzieś ambicje polityczne i mocarstwowe euro sojuza a i amerykanów nie wszędzie lubią.....tylko wierzyć w to co propagujesz.

  • xyz 2014-08-24 17:33:26

    według ciebie to pewnie Putin karmił buntowników z majdanu

  • cheftain 2014-08-26 10:43:30

    "Ukraina nie będzie domagać się osądzenia zbrodniarzy"("separatystów prorosyjskich")-oficjalne oświadczenie MSW Ukrainy. Ciekawe dlaczego są tacy wspaniałomyślni? Pozdrawiam.

  • cheftain 2014-09-02 10:06:40

    Nasze i amerykańskie jest złe, brazylijskie jest pyszne!
    Wtorek, 2 września (07:35)
    Mięso z Polski czy ze Stanów Zjednoczonych jest teraz nie do zaakceptowania przez rosyjskie żoładki. Za to mięso z Brazylii okazuje się być zdrowe i smaczne. Co polityka robi z mięsa...
    Nasze i amerykańskie mięso jest złe, brazylijskie jest pyszne?
    Nasze i amerykańskie mięso jest złe, brazylijskie jest pyszne? /©123RF/PICSEL

    Rosja nie zmieniła wielkości kontyngentów importowych na mięso w 2015 r. w stosunku do tego roku, jednak obowiązujące embargo spowoduje istotną zmianę jego dostawców. Unijne i amerykańskie mięso ma być zastąpione przez towar z Ameryki Południowej i Środkowej.

    W 2015 roku kwota na import wołowiny do Rosji wyniesie 530 tys. ton, wieprzowiny - 430 tys. ton, a drobiu - 364 tys. ton. - informuje Fundacja Programów Pomocy dla Rolnictwa (FAMMU/FAPA).


    O tym, jaki kraj będzie dostawcą mięsa, zdecyduje Moskwa. W ubiegłych latach Rosja zarezerwowała znaczną część kwot dla dostawców z UE i USA, jednak w ciągu ostatnich 2 lat nastąpiły zmiany priorytetów.

    Na początku 2013 r. Rosja wprowadziła zakaz importu amerykańskiej wieprzowiny i wołowiny, następnie zniesiono restrykcje dla wieprzowiny, a obecnie - od 8 sierpnia br. - wszystkie towary z USA są objęte embargiem. W podobnej sytuacji znajduje się UE. Zakaz importu wieprzowiny wprowadzono w styczniu br. na skutek afrykańskiego pomoru świń (ASF), ostatnie restrykcje dotyczą również wołowiny i drobiu. Sierpniowe embargo dotknęło również dwóch innych ważnych dostawców mięsa - Kanadę i Australię.

    Rosja poszukuje innych źródeł zaopatrzenia. Największe szanse ma Brazylia, która w nadchodzącym roku prawdopodobnie przejmie znaczącą część kontyngentu na wołowinę i drób. Rosyjskie władze weterynaryjne zatwierdziły niedawno do eksportu ok. 30 brazylijskich zakładów.

    Część kwoty na wołowinę może być zagospodarowana przez Paragwaj i Urugwaj, jednak Rosja będzie miała silną konkurencję m.in. ze strony Chin, które są obecnie głównym odbiorcą urugwajskiej wołowiny. Potencjalnym dostawcą może stać się Kolumbia, jednak tamtejsi eksporterzy czekają jeszcze na zezwolenie rosyjskich władz weterynaryjnych.

    W poprzednich latach znaczne ilości wołowiny do Rosji wysyłał Meksyk. Innymi dostawcami wołowiny do Rosji mogą zostać jeszcze Kostaryka i Nikaragua, jednak wielkość sprzedaży z tych krajów będzie niewielka. Lukę w dostawach wołowiny na rynku rosyjskim może wypełnić również mięso bawole z Indii, które jest konkurencyjne cenowo.

    W sektorze mięsa drobiowego obiecującym dostawcą jest Argentyna. Kraj ten wyraził niedawno zainteresowanie przejęciem rosyjskiego kontyngentu importowego na drób, przyznanego wcześniej UE. Skorzystać mogą także eksporterzy wieprzowiny i drobiu z Chile.

    Istotnym dostawcą drobiu do Rosji, poza Ameryką Południową, może stać się Turcja. Dynamika wzrostu eksportu drobiu z tego kraju jest w ostatnich latach bardzo wysoka, a głównymi odbiorcami tureckiego drobiu były do tej pory państwa Bliskiego Wschodu. Kurczaki do Rosji może też dostarczać Tajlandia.

    Zgodę na eksport wieprzowiny na rosyjski rynek uzyskały niedawno Chiny. Rosyjskie władze weterynaryjne zatwierdziły dotychczas dziewięć chińskich zakładów przetwórczych.

  • cheftain 2014-09-03 18:16:50

    Czesi nie chcą sankcji przeciw Rosji. Rząd poparł premiera
    22 minuty temu

    Czeski rząd poparł w środę premiera Bohuslava Sobotkę w sprawie ewentualnego wyłączenia się Czech z nowych sankcji Unii Europejskiej przeciw Rosji, szczególnie w regulacjach dotyczących tzw. produktów podwójnego wykorzystania.


    Rząd w Pradze wyjaśnił, że celem jego działań jest ochrona czeskiego eksportu maszynowego. Gabinet zezwolił premierowi na dalsze negocjacje, w tym wyłączenie się z niektórych propozycji wspólnoty.

    - Premier otrzymał mandat na negocjowanie w taki sposób, by nie zaszkodzić interesom czeskiej gospodarki i jednocześnie tak, aby Republika Czeska nie znalazła się poza głównym nurtem UE - wyjaśnił minister przemysłu Jan Mladek.

    Mladek podkreślał, że sprzeciwia się ograniczeniom eksportu produktów podwójnego wykorzystania, a przede wszystkim obrabiarek dla przemysłu cywilnego.

    Według ministra roczny czeski eksport tego sektora to 2,8 mld koron (równowartość 400 mln zł).

    Jak podała agencja CTK, od głosowania w czasie posiedzenia rządu wstrzymali się ministrowie z najmniejszego ugrupowania centrolewicowej koalicji, Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej - Czechosłowackiej Partii Ludowej (KDU-CSL): wicepremier ds. nauki, badań i innowacji Pavel Bielobradek i szef resortu kultury Daniel Herman.
    PAP

  • Reklama
  • r61 2014-09-05 10:51:28

    Spadaj kacapie.

    поцеловать меня в задницу
    [serce]
    Pozdrawiam

  • 2014-09-05 13:28:31

    Bolszewiki pisowskie są wrogami rozwoju. Sprzyjają wyłącznie zakonowi z Torunia.

  • r61 2014-09-05 13:43:55

    [cytat]Bolszewiki pisowskie są wrogami rozwoju. Sprzyjają wyłącznie zakonowi z Torunia.[/cytat]
    lDobre, dobre, dawaj więcej[>D]

  • cheftain 2014-09-06 19:46:34

    Bardzo, bardzo dawno temu w Państwie Polskim żył "wielki mąż" stanu, poziom tego męża mierzony był jego powiedzeniami kierowanymi do poddanych np. spieprzaj dziadu. Powiedzenie to weszło w krew jego zwolennikom i powtarzają go do dziś w przeróżnych modyfikacjach. Spuścizna "wielkich" działa bardzo długo, szkoda że w tym wypadku działa w złym kierunku. Pozdrawiam.

  • r61 2014-09-07 12:56:09

    [cytat]Bardzo, bardzo dawno temu w Państwie Polskim żył "wielki mąż" stanu, poziom tego męża mierzony był jego powiedzeniami kierowanymi do poddanych np. spieprzaj dziadu. Powiedzenie to weszło w krew jego zwolennikom i powtarzają go do dziś w przeróżnych modyfikacjach. Spuścizna "wielkich" działa bardzo długo, szkoda że w tym wypadku działa w złym kierunku. Pozdrawiam.[/cytat]
    --
    Nie podlewajmy Dębu Wolności trucizną, jaką jest polityczna hipokryzja’ — mówił rezydent Bronislaw Komorowski w czasie uroczystego zasadzenia Dębu Wolności w Sopocie. Usechł po dwóch miesiącach.
    ----

    Widzę, żeś cienki Bolek. Bawisz się w kurtuazję, a słoma nawet z tyłka Ci wyłazi.
    Internet jest dość pojemny. Wiesz doskonale sieroto, że napisałeś bzdury, ale ciekawe, za ile srebrników i jakie jest Twoje miejsce aktualnego nadawania.
    Ale to też mam w tyłku.

  • r61 2014-09-07 12:57:17

    Putin, ten rozwiedziony niewysoki mężczyzna o nieruchomej azjatyckiej twarzy, wnuk kucharza Rasputina, Lenina i Stalina (…) wzbudza zachwyt zepchniętych na margines w swoich krajach konserwatystów wygłaszając przemówienia pełne pochwał tradycyjnego systemu wartości, protestów przeciwko rewizji norm moralnych oraz oświadczeń, że Rosja nie akceptuje nihilistycznego zrównania dobra ze złem. Niebawem namaszczony na świętego obrońcę tradycji w skali świata, bożego pomazańca i jedynego spadkobiercę Rzymu i Konstantynopola będzie próbował stać się jego pansłowiańskim, pan chrześcijańskim i pankonserwatywnym prorokiem, przywódcą i sędzią. Zanim ten mit się przewróci i pożyteczni idioci poparzą sobie palce i sumienia powstanie sporo zamieszania i, jak zwykle w rosyjskich scenariuszach, poleje się niewinna krew. Bez względu bowiem na epokę zza carskich wrót, bobrowych papach Biura Politycznego i deklaracji obrony tradycyjnej rodziny wystają druty Kołymy, piwnice Katynia i duch Opryczniny. Święta zasada carsko-stalinowskiej Opryczniny to nie tylko absolutna dowolność w dysponowaniu życiem i majątkiem obywateli (także bojara, sekretarza KC i oligarchy) ale dowolna interpretacja historii, sensu kultury i ram prawa.
    — zauważył polski pisarz. Polkowski

  • cheftain 2014-09-07 13:11:44

    Panie erku to, że ty słomę jesz to nie znaczy, że wszyscy, to po pierwsze, a po wtóre jest dla mnie zaszczytem być w jednym towarzystwie i mieć podobne poglądy jak premier Węgier, Słowacji czy Czech. Pozdrawiam.

  • r61 2014-09-07 14:31:18

    [cytat]Panie erku to, że ty słomę jesz to nie znaczy, że wszyscy, to po pierwsze, a po wtóre jest dla mnie zaszczytem być w jednym towarzystwie i mieć podobne poglądy jak premier Węgier, Słowacji czy Czech. Pozdrawiam.[/cytat]
    ---
    [:-)] I co, nie miałem racji? Twoje słowa, to jak gó.no zawijane w papierek po merci.

  • cheftain 2014-09-13 19:51:33

    Mistral "Władywostok" wyszedł w morze z rosyjską załogą
    Dzisiaj, 13 września (16:48)
    Aktualizacja: Dzisiaj, 13 września (17:11)

    Okręt typu Mistral o nazwie "Władywostok", pierwszy z dwóch mistrali zamówionych przez Rosję we Francji, którego dostawa została zawieszona z powodu kryzysu ukraińskiego, wyszedł w sobotę rano w morze z portu Saint-Nazaire z rosyjską załogą na pokładzie.
    Okręt desantowy miał trafić do Rosji w październiku /Frank Perry /AFP

    Okręt desantowy miał trafić do Rosji w październiku
    /Frank Perry /AFP

    Okręt po raz pierwszy przeprowadził próbny rejs z częścią rosyjskiej załogi liczącej 400 marynarzy i przechodzącej od końca czerwca szkolenie w Saint-Nazaire w ramach kontraktu podpisanego przez francuską spółkę stoczniową DCNS i stronę rosyjską.

    Jak precyzuje agencja AFP, ponad 200 rosyjskich marynarzy jeszcze w piątek wieczorem zaokrętowało się na ten próbny rejs mający trwać około 10 dni. Celem rejsu jest przeprowadzenie ćwiczeń praktycznych na pełnym morzu.

    Francja zapowiedziała na początku września, że zawiesza do listopada dostarczenie Rosji pierwszego z dwóch okrętów desantowych typu Mistral z powodu działań Moskwy na Ukrainie. Na marginesie niedawnego szczytu NATO w Walii prezydent Francois Hollande wyjaśnił, że kontrakt na dostarczenie Rosji dwóch mistrali nie został zerwany ani zawieszony, ale nie dojrzały warunki do planowanego na październik dostarczenia pierwszego okrętu.

    Drugi okręt typu Mistral o nazwie "Sewastopol", który budowany jest przez spółkę stoczniową STX, miał zostać dostarczony w listopadzie 2015 roku.

    Hollande podkreślił, że warunkami przekazania Rosji tych okrętów są rozejm i polityczne rozwiązanie na Ukrainie.

    Zawarty w 2011 roku za prezydentury Nicolasa Sarkozy"ego kontrakt opiewa na 1,2 miliarda euro. Była to pierwsza tak duża umowa na import sprzętu wojskowego zawarta przez Moskwę od upadku ZSRR.
    PAP

  • cheftain 2014-09-16 15:32:17




    Ukraina przed rozpadem


    Robert Fico, sprawujący po raz drugi urząd premiera Republiki Słowackiej, dał dowód na to, że nawet mały i „marginalny” kraj UE może mieć własne zdanie na najważniejsze aktualne tematy, może uprawiać Realpolitik i kierować się własnymi interesami.

    W wywiadzie dla bratysławskiego dziennika „NovyCas” powiedział, że nie dopuści do powstania baz NATO w swoim kraju, ponieważ to zagroziłoby stabilności i bezpieczeństwu Słowacji. Poza tym nie widzi możliwości przystąpienia Ukrainy do UE czy NATO, ponieważ państwo to stoi de facto na krawędzi rozpadu.

    „Wolałbym rzucić politykę, niż zgodzić się na wojskową bazę NATO na terytorium Republiki Słowackiej” – powiedział należący do socjaldemokratycznej partii SMER Robert Fico, podkreślając, że w interesie małych i słabszych krajów jest nie bezwarunkowe angażowanie się po jednej stronie konfliktu, co automatycznie naraża na niebezpieczeństwo odwetu strony przeciwnej, ale „pozostanie z dala od dużych geopolitycznych punktów strategicznych” – a więc zachowanie neutralnego dystansu wobec zantagonizowanych stron. Istnieją w Europie państwa, które dają doskonały przykład, że taka strategia jest możliwa: Szwajcaria, Szwecja, Finlandia czy Austria.

    Poza tym Fico jasno powiedział, że nie wyobraża sobie państwa ukraińskiego jako członka UE czy NATO. „Ukraina znajduje się na skraju absolutnego upadku” – a w takiej sytuacji trudno w ogóle rozważać potencjalne rozpoczęcie skomplikowanej i wieloletniej procedury dostosowywania się do wymogów unijnych: „Myślę, że Ukrainie byłoby bardzo trudno poradzić sobie z wyzwaniami, które są związane z przystąpieniem do UE – ponieważ stoi ona przed zupełnym rozpadem”. Fico jasno stwierdził też, że przystąpienie Ukrainy do NATO poważnie naruszyłoby bezpieczeństwo całego regionu, czyli Europy Środkowo-Wschodniej, do której należą też Polska, Czechy, Węgry i Słowacja. „Tylko kroki dyplomatyczne mogą doprowadzić do zakończenia tego, co dzieje się na Ukrainie (…) Podjęto już trzecią falę bezsensownych sankcji. Co się zmieniło? Nic. Jedynie podjęte zostały nowe, twarde sankcje reakcyjne przez Rosję”.

    Trudno nie zgodzić się z tym, co powiedział Fico: Ukraina jako państwo nie zdała egzaminu przed historią. Cywilizacyjne i polityczne rozdarcie, o którym mówiło się od początku istnienia niepodległej Ukrainy (prozachodni, bardziej katolicki zachód – i prorosyjski, prawosławny wschód) w końcu doprowadziło do obecnej sytuacji. Poprzednie władze nie cieszyły się poparciem całego społeczeństwa, i zostały siłą obalone – ale i obecne władze nie cieszą się poparciem w całym kraju, doszło więc do zbrojnego oporu na wschodzie i południu. Kraj, który nie jest w stanie zapanować nad swoją ludnością i swoim terytorium, nie może być pełnoprawnym członkiem takiej organizacji, jak NATO czy UE, bo globalna sytuacja stałaby się przez to nieobliczalna.

    To po pierwsze. A po drugie: fakt, że dalsza ekspansja NATO w kierunku wschodnim przyniesie w konsekwencji nie zwiększenie bezpieczeństwa, a zaognienie sytuacji i kolejną odpowiedź Rosji – zwiększanie potencjału wojskowego w Obwodzie Kaliningradzkim czy na Białorusi, i postępującą spiralę wyścigu zbrojeń – jest oczywisty dla każdego polityka, działającego w kategoriach realizmu. Sankcje powodują kontr-sankcje. Jeśli Zachód zacznie dozbrajać Ukrainę – Rosja odpowie tym samym. Tylko dyplomacja, rozmowy i pokojowe porozumienia mogą doprowadzić do normalizacji sytuacji na Ukrainie – a nie dolewanie oliwy do ognia, na czym najwyraźniej zależy większości z zakulisowych aktorów sceny ukraińskiej.

    Michał Soska
    fot. autor

  • cheftain 2014-09-20 19:49:34



    Francja: Gwałtowny protest rolników w Bretanii
    1 godz. 2 minuty temu

    Kilkuset francuskich rolników, niezadowolonych z obniżania się poziomu ich życia m.in. za sprawą rosyjskich sankcji, zdewastowało wieczorem siedzibę rolniczego ubezpieczenia społecznego (MSA) i urząd podatkowy w miejscowości Morlaix w Bretanii.



    Przed siedzibą MSA uczestnicy protestu wysypali na stertę ziemniaki i karczochy, których nie udało im się sprzedać, dorzucili palety i stare opony, a potem wszystko podpalili.

    Burmistrz sąsiedniej miejscowości Saint-Martin-des-Champs, Francois Hamon, powiedział mediom, że rolnicy zdewastowali następnie siedzibę MSA, a potem ją podpalili. Zbudowany zaledwie dwa lata temu gmach został zniszczony, zawalił się dach.

    Demonstranci przejechali następnie przed siedzibę urzędu podatkowego w centrum Morlaix. Wyrzucili na stertę warzywa i nawóz, wyłamali drzwi urzędu, powybijali okna, a potem podłożyli ogień. Całkiem nowy budynek, w którym mieścił się urząd podatkowy, został całkowicie zniszczony.

    Burmistrz Morlaix, Agnes Le Brun, skarżyła się na bezsilność wobec protestujących, podkreślając, że w mieście prawie nie ma sił porządkowych.

    Premier Francji Manuel Valls potępił demonstrantów, wskazując, że uniemożliwiali oni straży pożarnej gaszenie budynków. Zapowiedział pociągnięcie winnych do odpowiedzialności.

    Rolnicy twierdzą, że nie są już w stanie poradzić sobie ze spadkiem cen na ich produkty. Rosyjskie embargo, nałożone w odpowiedzi na sankcje Zachodu wobec Rosji za jej działania wobec Ukrainy, pozbawiło ich jednego z ważnych rynków zbytu.
    PAP

  • cheftain 2014-09-25 14:58:10

    Zapis zbrodni


    Prezentujemy jedno z najbardziej liczących się opowiadań Włodzimierza Odojewskiego poświęcone problematyce wołyńskiej. Ten krótki tekst po mistrzowsku, jak w soczewce, pokazuje dramat Polaków i Ukraińców terroryzowanych przez UPA. Warto to opowiadanie przypomnieć współczesnym. Druk za zgodą autora.

    „Zaraz po opuszczeniu leśnego duktu zsunął się z siodła i kroczył skrajem drogi przecinającej łąki we mgle lodowatej, sinymi kłębami gęstniejącej przy ziemi, tu i tam zamarzającej w zagłębieniach, koń zaś, którego wiódł na długiej wodzy luźno, ażeby dać mu swobodę w wynajdywaniu łatwiejszych przejść, stawiał nogi ostrożnie, niekiedy tylko ślizgając się swymi niepodkutymi kopytami na startych na płasko przez ludzi i zwierzęta kamieniach.

    Aż z półksiężycowego mroku wynurzył się nieopodal drogi kopczyk z krzyżem upamiętniającym jakieś wydarzenie z wojny bodajże bolszewickiej, za którym dwieście albo trzysta metrów dalej zaczynały się gospodarstwa ukraińskie, obejmujące ciasnym łukiem wzgórze z cerkwią i domem popa pośrodku, a jeszcze dalej - pamiętał - kilka, już przed dwoma laty opustoszałych chałup żydowskich rzemieślników, i znowu były dwa albo trzy ukraińskie gospodarstwa, więc zboczył w polną ścieżynę prowadzącą w lewo ku rzece, potem za stodołami i chlewami, należącymi do tych gospodarstw, obszedł wieś prawie dookoła, zbliżając się na jej skraju do zagrody, gdzie kilkakrotnie spotykał goszczących tam Polaków. Jednakże przez cały ten czas nie usłyszał jednego szczeknięcia psa, jak gdyby wieś doszczętnie wymarła albo go zbyt dobrze wszystkie razem znały, a przecież nie zaglądał tu od zeszłego lata. I kiedy zagłębił się pomiędzy płoty z patycza prowadzące ku znajomemu domostwu z drewnianych bali, postawionemu na okazałej podmurówce z cegły, to miejscowy pies również się nie odezwał, nawet nie zadzwonił łańcuchem, ale przez niestarannie osłonięte jedno z okien przeglądało tam światło, więc dom był wciąż zamieszkany.

    Potem, kiedy znalazł się wewnątrz obejścia, a światło w środku nagle zgasło i się domyślił, że został zauważony i jest obserwowany, to uwiązywał konia u wrót stodoły, starając się nie zrobić jednego zbytecznego, zbyt szybkiego ruchu, żeby nie dać poznać, że czymkolwiek ludziom tu mieszkającym może zagrażać, następnie zaś zbliżał się ku domowi, wykorzystując cień stodoły, obory i stajni, stojących w jednym rzędzie, tak, że dopiero tuż przed drzwiami domu ogarnęło go na nowo pełne półksiężycowe światło, lecz w tejże samej chwili światło z wewnątrz powróciło w szczeliny okna, drzwi natomiast, zanim jeszcze w nie zastukał, szarpnięte, cofnęły się szybko.

    „Sława Bohu" posłyszał wypowiedziane prawie szeptem przez tego niestarego, lecz już dość staro wyglądającego człowieka, który stał mu naprzeciw w rozjaśnionym prostokącie sionki, a którego dobrze znał i pamiętał, że jest Ukraińcem ożenionym z Polką, więc mu odpowiedział: „Sława" i postąpił krok do przodu, tamten jednak nie puszczał i znowu odezwał się szeptem: „Lepiej, żeby pan tu się nie zatrzymywał, panie Czerestwienski. Proszu", już po polsku, a kiedy on się nie cofnął i tamten zrozumiał, że cofnąć się nie ma wcale zamiaru, wciąż tym samym szeptem do tego, co powiedział przedtem, dodał szybko: „We wsi nasi partyzanczi, a moi chłopczi też wczoraj wrócili na noc z lasu", lecz on milcząco wyciągnął ku szepczącemu dłoń i dotknąwszy wyprostowanymi sztywno palcami jego piersi, lekko nacisnął, a wtedy ten z ociąganiem zrobił wreszcie krok do tyłu, na co on zapewnił łagodnie, jednocześnie zdziwiony, że mówi aż tak wiele: „Jedynie do świtu. Zresztą przenocuję w stodole. Koń zmordowany bardzo. Ja także. Nikt mnie nie widział po drodze. Jedynie do świtu. Do wczesnego świtu. I przepadam stąd na zawsze".

    Tylko że gdy wszedł do tej ich dobrze oświetlonej karbidówką kuchennej izby, wiedziony już tam zresztą przez gospodarza, i ich obu zobaczył, tych jego synów, zrozumiał od razu zarówno powstrzymujący co dopiero gest tamtego w drzwiach, jak i to, co znaczy powiedziane półszeptem, że „chłopczi powrócili z lasu". Bo chociaż oni stali po przeciwnej stronie kuchni, obok pieca, to obaj tak, jakby gotując się do skoku przez całą jej szerokość, ażeby przeciąć mu drogę albo nawet na powrót wypchnąć na dwór, przegnać stąd, a wzrok ich krzyczał dokładnie to właśnie. I choć nie miał pewności, czy to tylko lęk przed jego obecnością, kiedy - jak wcześniej powiedział ich ojciec – „we wsi nasi partyzanczi", czy nadto coś innego jeszcze, powtórzył jednak głośno, co oznajmił gospodarzowi już raz, wstępując do sionki: „Jedynie do świtu. Przenocuję w stodole. I przepadam", a potem – nie spuszczając tych młodych z oczu – że napiłby się czegoś ciepłego, że zapłaci i po chwili, kiedy uczynił trzy albo cztery kroki i bokiem (wciąż nie spuszczając ich z oczu) zbliżył się do stołu, że za nocleg zapłaci też, dodał, to gospodarz spiesznie, że kto by tam brał od niego pieniądze, że przecież u nich nie pierwszy on raz, i stanąwszy między nim a synami, dopiero wtedy prędko zawołał w głąb kuchni: „Podgrzej Oksanoczka bigosu. I chleba nakroj dla pana".

    Więc w tejże samej chwili ją tam w głębi obok drzwi do sąsiedniej izby też dostrzegł. Ich siostrę, najmłodszą gospodarza, ale lepiej żeby nie dostrzegł, lepiej żeby jej wcale tam nie było, żeby w ogóle nigdy się nie narodziła, nie musiałby znowu obciążać sumienia, jak tyle razy, od kiedy to ta wojna ukształtowała w nim przedwcześnie mężczyznę (jeżeli w cokolwiek innego w tym srogim czasie ukształtować go mogło), tak, że tak szybko stał się do zabijania skorym i zdolnym, może by dotarł w swej wędrówce w inne jakieś, przyjazne strony, do przystani spokojnej jak z dziecięcych snów, gdzie człowiek człowiekowi niekoniecznie wilkiem być musi, i gdzie nie od razu sięgać trzeba pod lewą pachę do ukrytego tam w głębi pistoletu, bo uświadomił sobie, że jak tylko na progu tego domu stanął, odruchowo wsunął pod kurtkę ostrożnie dłoń i że już od czasu do czasu dotyka palcami rączki nagrzanej własnym ciałem i teraz ich nie cofa wcale, widząc jednocześnie przerażone, rozszerzone, niby dwa przeogromne migdały oczy tej smukłej dziewczyny wbite weń pytająco, lecz być może także odpychająco, wyprowadzające go jak gdyby za drzwi, że przez krótką chwilę musiał się zastanawiać, czy tak samo jak jej bracia chce się go ona błyskawicznie pozbyć, i czy to jest strach o to, że tamci we wsi być może go widzieli i co zrobią, czy chęć przyjścia mu w czymś z pomocą, i powiedział po raz trzeci, od kiedy tu się znalazł: „Jedynie do świtu. Przenocuję w stodole. I przepadam", a ona wynurzyła się stamtąd, z wnętrza cienia, więcej nań nie patrząc, coś do ojca zagadała cicho po ukraińsku, za plecami braci stanęła przy piecu, zaczęła przesuwać garnki na żelaznych krążkach głośno, pogrzebaczem poprawiała ogień, który pod fajerkami buzował i trzaskał, potem podeszła do kredensowej szafy, wyjęła stamtąd talerz, on zaś wszystkim jej czynnościom towarzyszył wzrokiem bacznie, jakby od tego, co dziewczyna robi i zaraz jeszcze zrobi, coś naprawdę istotnego zależało, choć był już pewien, że nie zależy nic, że raczej należałoby mieć na uwadze obu synów gospodarza, od kiedy jednak usiadł przy stole, nie obdarował ich więcej nawet jednym pobieżnym, najmarniejszym spojrzeniem.

    Potem rozmowa z gospodarzem potoczyła się skąpo, ale po polsku. Ten niestary, chociaż staro wyglądający mężczyzna przysiadł się doń do stołu i przyglądał się mu, jak sięgnął z podstawionego przed nim przez dziewczynę trzcinowego koszyczka wyłożonego czystą serwetką kromkę ciemnego chleba i skubiąc z niej drobne kawałki, wkładał je do ust. Pytał go o front. Czy to prawda, że utknął gdzieś na Zbruczu i czy na dobre, a on, że nie, że nie sądzi mówił, jakiż to front utyka na dobre, skoro do spokoju i pokoju bliżej jest niż na samym początku, sądzi, że Sowieci przyjdą, jak we wrześniu trzydziestego dziewiątego, że pewnie czekają wiosny, podciągają i wyrównują tylko front, gospodarz zaś, że do tego czasu cała Ukraina powstanie zbrojnie i potrząsnąwszy do swoich stów głową – jakby chciał nadać im większej mocy, choć nie brzmiało w nich przekonanie, raczej jakieś westchnienie, zaledwie marzenie być może – znieruchomiał w zamyśleniu, a on na to, że kiedyś Ukraina powstanie na pewno i potem zastanawiał się dobrą chwilę, czy nie zabrzmiało to zbyt zdawkowo, za łatwo, bo przecież ażeby tak zabrzmiało wcale nie chciał.

    Spoglądał na krzątającą się dziewczynę, widząc jednocześnie, jak jeden z synów gospodarza powoli, ale nieustannie przesuwa się z tego miejsca przy piecu, gdzie początkowo obok swego brata stał, w kierunku drzwi do sionki, aż go osadził stówami: „Nie trzeba, nie trzeba, sam konia do stodoły wprowadzę. Bo prawda, chcesz się nim zająć, czy nie tak? Ale nie trzeba, dam sobie radę" i roześmiał się bez cienia uśmiechu na twarzy, a do dziewczyny, która właśnie postawiła przed nim talerz parującego bigosu, krótko: „Dziękuję" powiedział. Kiedy więc tamten wycofał się zaraz na poprzednie pod piecem miejsce, on znowu powrócił do wcześniejszego wątku, że wpierw przyjdą ci ze wschodu ze swoim klasowym prawem i potrwa to pewnie długie lata, jak w poprzednim wieku, jak podczas zaborów, a potem, już opróżniwszy talerz, kłamiąc, wyjaśniał gospodarzowi z wielką powagą w głosie, że przy siodle ma uczepiony plecak z wiązką granatów, że jakieś obce, niewprawne ręce mogłyby je łatwo doprowadzić do wybuchu, bo to granaty domowej roboty tylko, połowa gospodarstwa poszłaby w powietrze i z ogniem, a to takie okazałe, wyróżniające się z całej reszty wsi gospodarstwo, że niech jego „chłopczi" nie próbują mu w niczym pomagać, ani w niczym go wyręczać, koniem sam potrafi się zająć, tylko zje, jeszcze o coś do picia poprosi i zaraz sobie pójdzie, przed świtem już go u nich w obejściu nie będzie, tamten zaś ze zrozumieniem przytakiwał i do powiedzenia nie mieli sobie nic więcej, lecz w końcu jeszcze zapytał gospodarza o gospodynię, że co z nią, przypominając, że jak zeszłego tu lata bywał, to ona jedzenie mu podawała – wspomniał jak jednego wieczora śpiewała piękne ruskie pieśni, a wówczas usłyszał krótkie, jak chrapnięcie, rzucone przez szerokość stołu ostro, stówa: „Nie żyje" i już się nie odezwał, skinął na to głową, nic ponadto, choć jego twarz musiała wyrażać współczucie, bo tamten powiedział: „Bóg zapłać".

    Potem pojawił się przed nim kubek gorącej kawy zbożowej z mlekiem i cukrem, a gospodarz zaraz stanowczym gestem dłoni w stronę, gdzie za załomem pieca musiały być drzwi do dalszych pomieszczeń domu, nakazał córce wyjść. I zostali sami: tych dwóch niewysokich, w ramionach jednak dobrze rozrośniętych chłopaków, nie wyglądających wprawdzie na to, że są bliźniakami, ale jakby z jednej garstki gliny, jakby w równym wieku, po siedemnaście, może osiemnaście najwyżej lat, wciąż tkwiących obok pieca, opierających się oń, jakby byli zziębnięci i grzać musieli sobie plecy, z oczami krogulczymi, jastrzębimi, sępimi, nieomalże bez zmrużenia powiek wbitymi w niego i ojca siedzących naprzeciwko siebie po obu stronach niewielkiego, masywnego stołu, o źrenicach śledzących każdy jego ruch, i od czasu do czasu wymieniających między sobą jakieś słowa niezrozumiałym szeptem. Ale kubek był już pusty, odstawił go i przechylając się nieco w krześle, lewą dłonią znalazł w zewnętrznej kieszeni swej rozpiętej zimowej kurtki zwitek banknotów; bez pomocy drugiej dłoni, która wciąż czaiła się, by błyskawicznie zanurzyć się dobrze wyćwiczonym ruchem pod lewą pachę, gdzie tkwił pistolet, oddzielił jeden banknot i położył go na stole. Powiedział, że jeszcze weźmie sobie trochę obroku dla konia, ale że sam ten obrok tam u nich w stajni znajdzie i żeby nie chodzić za nim, w ogóle lepiej nie wychodzić na dwór, tak powiedział, pogoda gorzej niż podła, jakieś zaziębienie może się przyplątać, tak właśnie powiedział nawet ze szczerą troską w głosie, uważnie, znacząco patrząc na gospodarza, który nie był przecież wcale stary, choć staro wyglądał, musiał rozumieć, kiwającego cały czas do jego słów rozsądnie głową, i odsunąwszy pusty talerz, podziękował, wstał od stołu, wycofując się ku sionce bokiem, tak żeby nie stracić ich wszystkich, a zwłaszcza tych młodych, ani na chwilę z oczu.

    Potem, tak jak uprzedził gospodarza, zajrzał jeszcze do stajni i do wiadra ze skrzyni pod ścianą nabrał obroku. Poruszał się prawie po omacku, jakby z zamkniętymi oczami, ale bezbłędnie. Potem, już znowu na podwórzu, odczepił konia od wrót stodoły, wrota odemknął i wprowadził go do środka. Obrok przesypał do parcianej torby i zawiesił torbę koniowi na pysku, a jeszcze potem poszedł z wiadrem do studni po wodę. Nie był wcale napięty, ale cały zmieniony w słuch i, jakby wyposażony był z tyłu w drugą parę oczu, więc dlatego wkrótce wiedział, że w mrocznym wnętrzu stodoły (bo jeszcze nie zamknął za sobą wrót) nie jest sam, po małej zaś chwili się upewnił, koń bowiem prychnął kilka razy ostrzegawczo, z głębi wtedy, wraz z zadyszanym odgłosem przyśpieszonego oddechu, wyłoniła się twarz, a była to twarz córki gospodarza, którą tamten nazwał w izbie Oksanoczką. Twarz rozgorączkowana, półprzytomna.

    Dziewczyna dopadła doń i zduszonym głosem prosiła: „Niechże mnie pan zabierze!", a on ochłonąwszy z pierwszego zdumienia, „Skąd?" pytał, „Stąd!", „Gdzie?" pytał znowu, „Byle gdzie! Do miasta! Byle stąd!", a on usiłował tłumaczyć swą sytuację, że jest w drodze, że dlaczego miałby ją zabierać z rodzinnego domu, co ona sobie wyobraża, z taką jakąś miękką, ale bezwiedną stanowczością, i dalej, że po okolicy sam ledwo z życiem przemyka, dlaczego miałby ją zabierać stąd, gdzie ma ona swoich, a ona wtedy: „Zatłukli siekierami matkę!" wykrzyknęła mu prawie w samą twarz, chwytając go za ręce, a on te ręce od swoich przez chwilę całą siłą odrywał i zapytał: „Kto?! Kto na Boga Jedynego?!", choć nie musiał, wiedział już zanim ona powiedziała: „Oni", głową potrząsając w kierunku domu, i dalej, że matka podnosiła na nich głos, z kim oni się włóczą, i zaraz (wciąż tak w pół na krzyku), że oni przyszli z lasu i powiedzieli, że trzeba ją zabić, taki jest rozkaz, i to zrobili, jeszcze tylko po chwili dodając o sobie, że ją to zaprowadzili w niedzielę do cerkwi, przechrzcili, co powinien był również wiedzieć wcześniej, już wówczas pewnie, kiedy tych dwóch tam pod tym piecem stojących nie spuszczało zeń sępiego wzroku, ale w tym momencie przez podwórze od strony domu poniósł się głośny trzask, dziewczynę od siebie powtórnie odepchnął, skoczył do wrót, spojrzał w tamtą stronę, a upewniwszy się wkrótce, że nikogo w pobliżu nie ma (był to zapewne trzask zawieranych zasuwą drzwi do frontowej sionki domu), cofnął się w mrok wnętrza stodoły. Już jednak jej tam nie było, musiała wypaść na zewnątrz jakimś sobie tylko znanym innym przejściem.

    Było już późno, była noc, czuł we wszystkich mięśniach piekielne zmęczenie, ale nie mógł zasnąć; nawet wydawało mu się, że nie może zmrużyć oczu, jakby tam coś w głębi oczodołów się zacięło. Wciąż leżał zapatrzony w szpary we wrotach i szpary między deskami w ścianie stodoły od strony podwórza, którymi sączyły się sine drobiny księżycowego światła, lecz nie nasłuchiwał, czy dojdą go jakieś szmery z zewnątrz, a jeżeli nawet od czasu do czasu jakiś szmer do jego uszu mimo woli docierał, to wiedział, że nie było w nim teraz żadnej groźby, że nie poważyliby się, i coś w rodzaju modlitwy tłukło mu się mało składnie po głowie: „Boże, wybacz mi za nich, jako że jestem jak oni człowiekiem..."; dalej nie mogąc zasnąć, choć mocna woń świeżego siana, na którego wiązce, okryty derką końską, leżał, odurzała.

    Potem nawet dziewczyny nie było w jego myślach, ani tego, co mu powiedziała, ale myśli krążyły gdzieś daleko wokół spraw mało ważnych, jak miast, do których mógłby, nie pozbywając się konia, dotrzeć, różnych miejsc łączących kolejowe szlaki, wokół pociągów, do których mógłby być może wsiąść i jakie strony są jeszcze bezpieczne o tyle o ile, a jakie nie, dochodząc do przekonania, że tak naprawdę to żadne strony, bo człowiek wszędzie jest jednako zawzięty i zdradziecki, i jak tłumaczyłby się, gdyby teraz na niemiecki patrol się nadział, bo czy jego papiery są jeszcze tutaj ważne nie wiedział, albo co zrobiłby, gdyby go gdzieś tam ogarnęli sowieccy partyzanci, a wreszcie, u kogo można by kupić trochę żywności i czy wkrótce w ogóle cokolwiek kupić się da. Także wokół różnych osób z rodziny i kręgu bliskich, lecz bez pytań, czy żyją czy nie, tylko ot tak, wywodząc z pamięci obrazy ich twarzy i jakieś charakterystyczne ich gesty, słowa, nawyki, obyczaje. Ale cały ten świat ludzi, przedmiotów i widoków (widoków nieraz doskonałych!), ukazujący się w jego głowie w tej głuchej nocnej godzinie, był jakby za półmatową taflą szkła, unieruchomiony raz na zawsze, być może nawet umarły; i tak upływała mu noc.

    Wciskające się przez jedne szpary do wnętrza księżycowe światło przemieszczało się z wolna w szpary inne, dźwignął się z siana tylko raz, ażeby oswobodzić pysk konia z worka z niedojedzonym obrokiem i podsunąć mu wiadro z wodą, i zaraz się na nowo w sianie położył. A wciąż było zupełnie cicho i wydawało mu się, że ani trochę nie spal, lecz jednak chyba krótko spał, bo w pewnej chwili jego wnętrzem wstrząsnęło zimno i odpychając się od tamtych myśli, gwałtownie zaczął trzeźwieć; leżał z odrzuconą derką, przypominając sobie, że ją odrzucił czując, że go dusi, jakby ktoś niewidzialny zwalił mu się nagle całym swym nie do uniesienia ciężarem na pierś. Wiedział, że tego zimnego rozdygotania, leżąc tak dalej, nie zdoła uśmierzyć, więc podniósł się z siana, wdział buty i stanąwszy, pełną piersią oddychał, starając się tym mroźnym, czystym powietrzem napełnić płuca po brzegi i przywrócić nim swemu ciału znowu zdolność do życia, uświadamiając sobie jednocześnie miejsce, w jakim się znajduje i mgławicowo, jak jakieś zamierzchłe, odległe wspomnienie, słowa dziewczyny, o jej matce, rzucone mu jak kamieniem w twarz, zanim w głębi tej ślepej ciemności wokoło ona sama gdzieś przepadła.

    Wciąż było zupełnie cicho dookoła, ale gdy podszedł do wrót, uchylił je i wyjrzał na zewnątrz, to wtedy z bardzo daleka dotarło doń przeciągłe, wilcze wycie psa; wkrótce dołączyło doń drugie i trzecie, stłumione, bo jeszcze dalsze, powtarzające się kilkakrotnie jak echo tego pierwszego, i być może pobudzone tym dźwiękiem serce ścisnęło mu się czymś nie dającym się bliżej sprecyzować; nie wiedział, czy to lęk czy jakieś niejasne przeczucie czegoś, co będzie musiał doznać, przejść, udźwignąć, żeby nadal żyć, nie, naprawdę nie wiedział, i że w tej chwili się nie dowie też wiedział, ale był w tym na pewno żal i nagła, rozdzierająca myśl, że ledwo wyszedł z chłopięctwa, a już wkraczał jakby w starość, bez tych lat pomiędzy, kołacząca się natrętnie po głowie wraz z przypomnieniem słów z Mateusza, którego kiedyś czytywała mu i objaśniała jego arcypo-bożna babka: „Dopiero byłem dzieckiem, jestem starcem...", myśl nie chcąca zaniknąć, nawet się oddalić. Z wysiłkiem zmusił się do zastanowienia, czy już na niego czas, przypominając sobie, że gospodarzowi obiecał, że zatrzyma się tylko do świtu i już go nie będzie.

    Z barwy bezobłocznego, twardego jak z żelaza, wysoko rozpiętego nieba, nawet nie spoglądając na zegarek, odgadywał mający niebawem zacząć się przecierać świt. Oddech w mroźnym powietrzu zmieniał się w siny kłębek pary, dachy tu i ówdzie smużyły się srebrnymi płatami szronu, już jednak przyćmionymi nieco, bo księżyc bladł. Wieś w oddali wprawdzie kryła się jeszcze w ciemności, ale i w pierwszych już z kominów dymach, niżej przesypanych iskrami, ukazującymi gdzie do pieca podrzucono co dopiero na podpałkę słomy. Tylko chata jego gospodarza nie zdradzała oznak życia. Wrócił więc do konia, popieścił dłonią jego głowę, zatopił na krótko twarz w delikatnie kłującej go sierści jego szyi, wdychając ciepłą, jakby lekko słodkawą woń jego skóry, potem osiodłał go, zgarnął swoje rzeczy, przytroczył je do siodła, a jeszcze potem wydobył z futerału u siodła sztucer i zarepetował go. W czasie tych wszystkich czynności żuł wyciągnięty z kieszeni kurtki kawałek twardego suchara i zastanawiał się, czy istotnie czuje głód, czy też jest to tylko nawyk włożenia po nocy czegoś jadalnego w usta, bo ostatnio jego żołądek coraz rzadziej domagał się jedzenia. A potem wyprowadził konia na podwórze, zawarł wrota stodoły, zasunął skobel i nasłuchiwał dobrą chwilę, ale że wciąż dookoła panowała pełna cisza, a najcichsza była pobliska chata, poprowadził go pewną ręką do wyjścia z podwórza i dopiero tam, pod koniec dróżki między płotami z patycza, spostrzegł u płotu kulącą się ludzką postać.

    Była to dziewczyna, córka gospodarza. Miała na sobie jakieś ciepłe okrycie, jak do dłuższej drogi, w rękach przytrzymywała niewielki węzełek, więc przystanął, ona doń doskoczyła, gwałtownie chwytając go znów, jak wtedy, przed nocą w stodole, za obie ręce, a cała była w dreszczach i jej drżące wargi wprost szatkowaly stówa, gdy wykrzyknęła doń ogłuszającym szeptem: „Nic na to nie poradzę... Zaraz mi to przejdzie! Nic na to nie poradzę!", ale oderwał ją od siebie i nie mówiąc nic pomógł dziewczynie dźwignąć się na siodło, sam zaś poszedł u boku konia, a choć sztucer wciąż zaciskał pod prawą pachą gotowy do strzału, to jednak nie myślał o ostrożności. Tylko że potem, zanim jeszcze doszli do głównej drogi, przechyliła się z siodła ku niemu i powiedziała, żeby nie iść przez wieś, a jak najdalej od cerkwi i gospodarstwa popa, bo tam zatrzymał się prowydnik i jego starszyzna, czuwają więc tam straże, ani nawet łąkami nad rzeką nie iść, tam znowuż pilnują przy brodzie przeprawy, że trzeba jarem prowadzącym wśród wzgórz zaraz za sadami i na bezdroża, i zrobił to, co mu kazała, była przecież miejscowa, musiała wiedzieć najlepiej, jak przebijać się przez ten teren najbezpieczniej i niepostrzeżenie.

    Lecz widać się myliła. Albo już tak przez los było mu pisane, skoro bez żadnego sprzeciwu jej posłuchał. Bo kiedy tylko za wsią i za sadami zsunęli się kamienistą dróżką w jar, to powietrze szybko zaczęło oczyszczać się z nocnej ciemności. Wprawdzie poblask połówki księżyca ledwo co po wierzchu muskał jeszcze porośnięte niewysokimi krzaczkami ściany nie bardzo stromego tutaj jaru, to jednak poszerzająca się w miarę ich postępowania drożyna, która pewnie wiosną i jesienią zmieniała się w rozlewny strumień, drążący ją jak koryto, uczyniła się teraz całkiem nieźle widoczna. I wtedy właśnie – a uszli już z dobre pół kilometra albo nawet więcej od wsi i miał zamiar dosiąść konia, by usadowić się za plecami dziewczyny – tam gdzieś z góry, z połowy wysokości ściany jaru od strony pozostającej w oddali wsi, padł strzał. Tylko jeden, choć huk zwielokrotniły echem skaliste ściany, a dziewczyna natychmiast zsunęła się bezgłośnie z siodła na ziemię i została tak bez ruchu, wyciągnięta tam płasko obok swojego węzełka.

    Właściwie zaś zaszło kilka rzeczy naraz. Bo kiedy huknął ten strzał i echo powtarzało go wciąż jeszcze, a ciało dziewczyny (zamiast jego martwego ciała) zsuwało się jak naładowany czymś nazbyt lekkim (ażeby wywołać hałas przy upadku na ziemię) worek, to on, który szedł obok konia i był nim od strony strzelającego osłonięty, z tym sztucerem, którego nie wypuszczał z ręki od chwili wyjścia ze stodoły, gdzie nocował, błyskawicznie pokulał się po drożynie i potoczył pod krzaki odgraniczające drożynę od wznoszącej się tuż za nimi przeciwnej skalistej ściany. Koń w tym samym czasie już cwałował gdzieś w głąb jaru, odgłos jego kopyt zanikał, a w pobliżu wokoło znowu panowała cisza jak makiem zasiał, jak gdyby w ogóle nic się nie zdarzyło, ani zdarzyć miało.

    Musiało w tej ciszy upłynąć jeszcze dobrych kilka minut. Bo zrazu w zaczynającym szarzeć świetle tam w połowie pochyłości ściany jaru była tylko podniebna samotność trzech, może czterech drzew bez liści, co stały między kusymi zaroślami, i jakiś przeciągły szmer, ale pewnie nie wiatru, tylko być może tych uchodzących wciąż gdzieś w górę resztek mgły. Więc upłynęło dobrych kilka minut, zanim coś się tam poruszyło i stamtąd w dół, trąconych stopami, potoczyło się kilka kamieni. Ale jeszcze nie zaraz zobaczył trzy stojące tam i obserwujące dno jaru postacie, dopiero gdy się uniósł nieco na rękach i pomiędzy tymi dwoma krzaczkami, do których się dokulał, przybrał wygodniejszą pozycję, przysiadając na piętach -ciemne, nieruchome sylwetki na tle pojaśniającego nieba. Potem w zamyśleniu, jednakże coraz czujniej, patrzył jak oni schodzili stamtąd z góry z początku wolno, w końcu nieco szybciej, wreszcie biegiem i zrazu nie mówili nic, aż kiedy znaleźli się na dole. Nie mylił się, było ich trzech.

    Potem już stali nad leżącym niezupełnie pośrodku, ale też nie na samym skraju drożyny ciałem dziewczyny, wciąż trzymając swoje obrzynki w pogotowiu do strzału i posłyszał ich głosy jeszcze wyraźniej, gdy jeden z nich się nachylił, złapał ją za ramię, szarpnął i odwrócił przodem do góry. Wtedy ten drugi doskoczył do jej ciała też. A potem oni obaj, a byli to jej bracia (nie miał wątpliwości już kiedy jeszcze schodzili ze wzniesienia), zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego, ten trzeci zaś, co stał nieco z tyłu, jej ojciec, wprawdzie bez broni palnej, ale z sękatym kijem w ręku, krzyczał na nich obu i rozpaczliwie zawodził na przemian. Potem rozpinali jej płaszcz, potrząsali nią, może próbując doszukać się w jej ciele resztek życia, a potem stali nad nim i rozglądali się dookoła. Więc już dłużej nie mógł czekać. Odpalił raz za razem dwa naboje, celując do każdego z chłopaków tak na oko w prawą stronę brzucha, i gdy runęli na ziemię prawie jednocześnie, podniósł się spomiędzy tych krzaczków, skąd strzelał i podszedł ku nim wolno, sztucer mając przygotowany do strzałów następnych. Ale nie były wcale potrzebne. Niczego nie był tak pewny jak swojej ręki i swojego oka, po jednej kuli wystarczyło, bo oni, tak jeden jak i drugi, trzymając się za brzuchy, zwijali się na ziemi wśród jęków, krzyku i płaczu, i wykrwawiali się szybko, ten zaś z sękatym kijem, ich ojciec, stał obok, jak sparaliżowany, niemo patrząc na niego, potem odwrócił się od nich i przypadł do nieruchomego ciała córki.

    On wtedy pozbierał te ich dwa obrzynki z ziemi i odrzucił je jak najdalej w krzaki. Chwilę stał nad jednym z chłopaków i patrzył, jak umazanymi krwią dłońmi usiłuje powstrzymać to coś, co wylewało mu się z brzucha i jak mdleje, i na jego brata też popatrzył raz i drugi, starając się odgadnąć, na ile w nim życia, na godzinę czy więcej. Dwu- albo trzykrotnie wznosił już sztucer do strzału i ten drugi, wciąż przytomny, zamykał wtedy oczy, ale sztucer zaraz opuszczał, mówiąc sobie, że nie trzeba, że po co, że na co, i jeszcze chwilę myślał o ich ojcu, który choć staro wyglądał, to nie był stary wcale, i co on synom powiedział i co zrobił, gdy kiedyś, tak jak wczoraj, wyszli z lasu, powrócili do domu i zabrali się do zarąbywania matki. I czy on im w tym był pomocny, zastanawiał się również. Wreszcie podszedł do niego. Znowu sztucer, jakby sam, odruchowo mu się w górę poderwał, ale zaraz strzału poniechał, ktoś przecież powinien ich był wszystkich w ziemi pogrzebać, tak pomyślał. Później gwizdnął w wyuczony sposób na swego konia, a po małej chwili rozległ się niedaleko tętent. Wkrótce wyłonił się on z głębi jaru i zbliżył wyrównanym, niespiesznym truchtem. Dosiadł go i w półobrocie z siodła popatrzył jeszcze krótko, jak tamten, milcząc, klęczy nad nieruchomym ciałem córki. Dał koniowi znak i ten popędził.

    Przejaśniało się teraz prędko. Horyzont na wschodzie zaciągała blada czerwień. Koń cwałował swobodnie, spokojnie, a on w rytm wyrównanego tętentu jego kopyt modlił się, powtarzając kolejno jakieś z dzieciństwa zapamiętane modlitwy, jedne od początku do końca, inne w części, jeszcze inne tylko w zakończeniu, i w pewnej chwili nagle (choć nad tym się wcześniej nie zastanawiał) w głowie wystrzeliło pytanie, czy modli się, aby tamtych dwóch ziemia na ich wieczny odpoczynek nigdy nie przyjęła, czy o coś innego, ale to pytanie odepchnął od siebie z gwałtowną niechęcią. Potem pomyślał, że modlitwy z wyrażonym życzeniem są próbą wymuszenia czegoś na Bogu, a przecież on niczego wymuszać nie chce, nawet niczego sobie szczególnego nie życzy, gdyby bowiem sobie życzył, byłaby to gorąca prośba o rzucenie klątwy na żyjące i przyszłe pokolenia tamtych”.

    Za: W. Odojewski, „…i poniosły konie”, Warszawa 2006, ss

  • U96 2014-09-25 15:31:41

    [cite user="cheftain" date="25.09.2014 14:58"] Zapis zbrodni


    Prezentujemy jedno z najbardziej liczących się opowiadań Włodzimierza Odojewskiego poświęcone problematyce wołyńskiej. Ten krótki tekst po mistrzowsku, jak w soczewce, pokazuje dramat Polaków i Ukraińców terroryzowanych przez UPA. Warto to opowiadanie przypomnieć współczesnym. Druk za zgodą autora.

    „Zaraz po opuszczeniu leśnego duktu zsunął się z siodła i kroczył skrajem drogi przecinającej łąki we mgle lodowatej, sinymi kłębami gęstniejącej przy ziemi, tu i tam zamarzającej w zagłębieniach, koń zaś, którego wiódł na długiej wodzy luźno, ażeby dać mu swobodę w wynajdywaniu łatwiejszych przejść, stawiał nogi ostrożnie, niekiedy tylko ślizgając się swymi niepodkutymi kopytami na startych na płasko przez ludzi i zwierzęta kamieniach.

    Aż z półksiężycowego mroku wynurzył się nieopodal drogi kopczyk z krzyżem upamiętniającym jakieś wydarzenie z wojny bodajże bolszewickiej, za którym dwieście albo trzysta metrów dalej zaczynały się gospodarstwa ukraińskie, obejmujące ciasnym łukiem wzgórze z cerkwią i domem popa pośrodku, a jeszcze dalej - pamiętał - kilka, już przed dwoma laty opustoszałych chałup żydowskich rzemieślników, i znowu były dwa albo trzy ukraińskie gospodarstwa, więc zboczył w polną ścieżynę prowadzącą w lewo ku rzece, potem za stodołami i chlewami, należącymi do tych gospodarstw, obszedł wieś prawie dookoła, zbliżając się na jej skraju do zagrody, gdzie kilkakrotnie spotykał goszczących tam Polaków. Jednakże przez cały ten czas nie usłyszał jednego szczeknięcia psa, jak gdyby wieś doszczętnie wymarła albo go zbyt dobrze wszystkie razem znały, a przecież nie zaglądał tu od zeszłego lata. I kiedy zagłębił się pomiędzy płoty z patycza prowadzące ku znajomemu domostwu z drewnianych bali, postawionemu na okazałej podmurówce z cegły, to miejscowy pies również się nie odezwał, nawet nie zadzwonił łańcuchem, ale przez niestarannie osłonięte jedno z okien przeglądało tam światło, więc dom był wciąż zamieszkany.

    Potem, kiedy znalazł się wewnątrz obejścia, a światło w środku nagle zgasło i się domyślił, że został zauważony i jest obserwowany, to uwiązywał konia u wrót stodoły, starając się nie zrobić jednego zbytecznego, zbyt szybkiego ruchu, żeby nie dać poznać, że czymkolwiek ludziom tu mieszkającym może zagrażać, następnie zaś zbliżał się ku domowi, wykorzystując cień stodoły, obory i stajni, stojących w jednym rzędzie, tak, że dopiero tuż przed drzwiami domu ogarnęło go na nowo pełne półksiężycowe światło, lecz w tejże samej chwili światło z wewnątrz powróciło w szczeliny okna, drzwi natomiast, zanim jeszcze w nie zastukał, szarpnięte, cofnęły się szybko.

    „Sława Bohu" posłyszał wypowiedziane prawie szeptem przez tego niestarego, lecz już dość staro wyglądającego człowieka, który stał mu naprzeciw w rozjaśnionym prostokącie sionki, a którego dobrze znał i pamiętał, że jest Ukraińcem ożenionym z Polką, więc mu odpowiedział: „Sława" i postąpił krok do przodu, tamten jednak nie puszczał i znowu odezwał się szeptem: „Lepiej, żeby pan tu się nie zatrzymywał, panie Czerestwienski. Proszu", już po polsku, a kiedy on się nie cofnął i tamten zrozumiał, że cofnąć się nie ma wcale zamiaru, wciąż tym samym szeptem do tego, co powiedział przedtem, dodał szybko: „We wsi nasi partyzanczi, a moi chłopczi też wczoraj wrócili na noc z lasu", lecz on milcząco wyciągnął ku szepczącemu dłoń i dotknąwszy wyprostowanymi sztywno palcami jego piersi, lekko nacisnął, a wtedy ten z ociąganiem zrobił wreszcie krok do tyłu, na co on zapewnił łagodnie, jednocześnie zdziwiony, że mówi aż tak wiele: „Jedynie do świtu. Zresztą przenocuję w stodole. Koń zmordowany bardzo. Ja także. Nikt mnie nie widział po drodze. Jedynie do świtu. Do wczesnego świtu. I przepadam stąd na zawsze".

    Tylko że gdy wszedł do tej ich dobrze oświetlonej karbidówką kuchennej izby, wiedziony już tam zresztą przez gospodarza, i ich obu zobaczył, tych jego synów, zrozumiał od razu zarówno powstrzymujący co dopiero gest tamtego w drzwiach, jak i to, co znaczy powiedziane półszeptem, że „chłopczi powrócili z lasu". Bo chociaż oni stali po przeciwnej stronie kuchni, obok pieca, to obaj tak, jakby gotując się do skoku przez całą jej szerokość, ażeby przeciąć mu drogę albo nawet na powrót wypchnąć na dwór, przegnać stąd, a wzrok ich krzyczał dokładnie to właśnie. I choć nie miał pewności, czy to tylko lęk przed jego obecnością, kiedy - jak wcześniej powiedział ich ojciec – „we wsi nasi partyzanczi", czy nadto coś innego jeszcze, powtórzył jednak głośno, co oznajmił gospodarzowi już raz, wstępując do sionki: „Jedynie do świtu. Przenocuję w stodole. I przepadam", a potem – nie spuszczając tych młodych z oczu – że napiłby się czegoś ciepłego, że zapłaci i po chwili, kiedy uczynił trzy albo cztery kroki i bokiem (wciąż nie spuszczając ich z oczu) zbliżył się do stołu, że za nocleg zapłaci też, dodał, to gospodarz spiesznie, że kto by tam brał od niego pieniądze, że przecież u nich nie pierwszy on raz, i stanąwszy między nim a synami, dopiero wtedy prędko zawołał w głąb kuchni: „Podgrzej Oksanoczka bigosu. I chleba nakroj dla pana".

    Więc w tejże samej chwili ją tam w głębi obok drzwi do sąsiedniej izby też dostrzegł. Ich siostrę, najmłodszą gospodarza, ale lepiej żeby nie dostrzegł, lepiej żeby jej wcale tam nie było, żeby w ogóle nigdy się nie narodziła, nie musiałby znowu obciążać sumienia, jak tyle razy, od kiedy to ta wojna ukształtowała w nim przedwcześnie mężczyznę (jeżeli w cokolwiek innego w tym srogim czasie ukształtować go mogło), tak, że tak szybko stał się do zabijania skorym i zdolnym, może by dotarł w swej wędrówce w inne jakieś, przyjazne strony, do przystani spokojnej jak z dziecięcych snów, gdzie człowiek człowiekowi niekoniecznie wilkiem być musi, i gdzie nie od razu sięgać trzeba pod lewą pachę do ukrytego tam w głębi pistoletu, bo uświadomił sobie, że jak tylko na progu tego domu stanął, odruchowo wsunął pod kurtkę ostrożnie dłoń i że już od czasu do czasu dotyka palcami rączki nagrzanej własnym ciałem i teraz ich nie cofa wcale, widząc jednocześnie przerażone, rozszerzone, niby dwa przeogromne migdały oczy tej smukłej dziewczyny wbite weń pytająco, lecz być może także odpychająco, wyprowadzające go jak gdyby za drzwi, że przez krótką chwilę musiał się zastanawiać, czy tak samo jak jej bracia chce się go ona błyskawicznie pozbyć, i czy to jest strach o to, że tamci we wsi być może go widzieli i co zrobią, czy chęć przyjścia mu w czymś z pomocą, i powiedział po raz trzeci, od kiedy tu się znalazł: „Jedynie do świtu. Przenocuję w stodole. I przepadam", a ona wynurzyła się stamtąd, z wnętrza cienia, więcej nań nie patrząc, coś do ojca zagadała cicho po ukraińsku, za plecami braci stanęła przy piecu, zaczęła przesuwać garnki na żelaznych krążkach głośno, pogrzebaczem poprawiała ogień, który pod fajerkami buzował i trzaskał, potem podeszła do kredensowej szafy, wyjęła stamtąd talerz, on zaś wszystkim jej czynnościom towarzyszył wzrokiem bacznie, jakby od tego, co dziewczyna robi i zaraz jeszcze zrobi, coś naprawdę istotnego zależało, choć był już pewien, że nie zależy nic, że raczej należałoby mieć na uwadze obu synów gospodarza, od kiedy jednak usiadł przy stole, nie obdarował ich więcej nawet jednym pobieżnym, najmarniejszym spojrzeniem.

    Potem rozmowa z gospodarzem potoczyła się skąpo, ale po polsku. Ten niestary, chociaż staro wyglądający mężczyzna przysiadł się doń do stołu i przyglądał się mu, jak sięgnął z podstawionego przed nim przez dziewczynę trzcinowego koszyczka wyłożonego czystą serwetką kromkę ciemnego chleba i skubiąc z niej drobne kawałki, wkładał je do ust. Pytał go o front. Czy to prawda, że utknął gdzieś na Zbruczu i czy na dobre, a on, że nie, że nie sądzi mówił, jakiż to front utyka na dobre, skoro do spokoju i pokoju bliżej jest niż na samym początku, sądzi, że Sowieci przyjdą, jak we wrześniu trzydziestego dziewiątego, że pewnie czekają wiosny, podciągają i wyrównują tylko front, gospodarz zaś, że do tego czasu cała Ukraina powstanie zbrojnie i potrząsnąwszy do swoich stów głową – jakby chciał nadać im większej mocy, choć nie brzmiało w nich przekonanie, raczej jakieś westchnienie, zaledwie marzenie być może – znieruchomiał w zamyśleniu, a on na to, że kiedyś Ukraina powstanie na pewno i potem zastanawiał się dobrą chwilę, czy nie zabrzmiało to zbyt zdawkowo, za łatwo, bo przecież ażeby tak zabrzmiało wcale nie chciał.

    Spoglądał na krzątającą się dziewczynę, widząc jednocześnie, jak jeden z synów gospodarza powoli, ale nieustannie przesuwa się z tego miejsca przy piecu, gdzie początkowo obok swego brata stał, w kierunku drzwi do sionki, aż go osadził stówami: „Nie trzeba, nie trzeba, sam konia do stodoły wprowadzę. Bo prawda, chcesz się nim zająć, czy nie tak? Ale nie trzeba, dam sobie radę" i roześmiał się bez cienia uśmiechu na twarzy, a do dziewczyny, która właśnie postawiła przed nim talerz parującego bigosu, krótko: „Dziękuję" powiedział. Kiedy więc tamten wycofał się zaraz na poprzednie pod piecem miejsce, on znowu powrócił do wcześniejszego wątku, że wpierw przyjdą ci ze wschodu ze swoim klasowym prawem i potrwa to pewnie długie lata, jak w poprzednim wieku, jak podczas zaborów, a potem, już opróżniwszy talerz, kłamiąc, wyjaśniał gospodarzowi z wielką powagą w głosie, że przy siodle ma uczepiony plecak z wiązką granatów, że jakieś obce, niewprawne ręce mogłyby je łatwo doprowadzić do wybuchu, bo to granaty domowej roboty tylko, połowa gospodarstwa poszłaby w powietrze i z ogniem, a to takie okazałe, wyróżniające się z całej reszty wsi gospodarstwo, że niech jego „chłopczi" nie próbują mu w niczym pomagać, ani w niczym go wyręczać, koniem sam potrafi się zająć, tylko zje, jeszcze o coś do picia poprosi i zaraz sobie pójdzie, przed świtem już go u nich w obejściu nie będzie, tamten zaś ze zrozumieniem przytakiwał i do powiedzenia nie mieli sobie nic więcej, lecz w końcu jeszcze zapytał gospodarza o gospodynię, że co z nią, przypominając, że jak zeszłego tu lata bywał, to ona jedzenie mu podawała – wspomniał jak jednego wieczora śpiewała piękne ruskie pieśni, a wówczas usłyszał krótkie, jak chrapnięcie, rzucone przez szerokość stołu ostro, stówa: „Nie żyje" i już się nie odezwał, skinął na to głową, nic ponadto, choć jego twarz musiała wyrażać współczucie, bo tamten powiedział: „Bóg zapłać".

    Potem pojawił się przed nim kubek gorącej kawy zbożowej z mlekiem i cukrem, a gospodarz zaraz stanowczym gestem dłoni w stronę, gdzie za załomem pieca musiały być drzwi do dalszych pomieszczeń domu, nakazał córce wyjść. I zostali sami: tych dwóch niewysokich, w ramionach jednak dobrze rozrośniętych chłopaków, nie wyglądających wprawdzie na to, że są bliźniakami, ale jakby z jednej garstki gliny, jakby w równym wieku, po siedemnaście, może osiemnaście najwyżej lat, wciąż tkwiących obok pieca, opierających się oń, jakby byli zziębnięci i grzać musieli sobie plecy, z oczami krogulczymi, jastrzębimi, sępimi, nieomalże bez zmrużenia powiek wbitymi w niego i ojca siedzących naprzeciwko siebie po obu stronach niewielkiego, masywnego stołu, o źrenicach śledzących każdy jego ruch, i od czasu do czasu wymieniających między sobą jakieś słowa niezrozumiałym szeptem. Ale kubek był już pusty, odstawił go i przechylając się nieco w krześle, lewą dłonią znalazł w zewnętrznej kieszeni swej rozpiętej zimowej kurtki zwitek banknotów; bez pomocy drugiej dłoni, która wciąż czaiła się, by błyskawicznie zanurzyć się dobrze wyćwiczonym ruchem pod lewą pachę, gdzie tkwił pistolet, oddzielił jeden banknot i położył go na stole. Powiedział, że jeszcze weźmie sobie trochę obroku dla konia, ale że sam ten obrok tam u nich w stajni znajdzie i żeby nie chodzić za nim, w ogóle lepiej nie wychodzić na dwór, tak powiedział, pogoda gorzej niż podła, jakieś zaziębienie może się przyplątać, tak właśnie powiedział nawet ze szczerą troską w głosie, uważnie, znacząco patrząc na gospodarza, który nie był przecież wcale stary, choć staro wyglądał, musiał rozumieć, kiwającego cały czas do jego słów rozsądnie głową, i odsunąwszy pusty talerz, podziękował, wstał od stołu, wycofując się ku sionce bokiem, tak żeby nie stracić ich wszystkich, a zwłaszcza tych młodych, ani na chwilę z oczu.

    Potem, tak jak uprzedził gospodarza, zajrzał jeszcze do stajni i do wiadra ze skrzyni pod ścianą nabrał obroku. Poruszał się prawie po omacku, jakby z zamkniętymi oczami, ale bezbłędnie. Potem, już znowu na podwórzu, odczepił konia od wrót stodoły, wrota odemknął i wprowadził go do środka. Obrok przesypał do parcianej torby i zawiesił torbę koniowi na pysku, a jeszcze potem poszedł z wiadrem do studni po wodę. Nie był wcale napięty, ale cały zmieniony w słuch i, jakby wyposażony był z tyłu w drugą parę oczu, więc dlatego wkrótce wiedział, że w mrocznym wnętrzu stodoły (bo jeszcze nie zamknął za sobą wrót) nie jest sam, po małej zaś chwili się upewnił, koń bowiem prychnął kilka razy ostrzegawczo, z głębi wtedy, wraz z zadyszanym odgłosem przyśpieszonego oddechu, wyłoniła się twarz, a była to twarz córki gospodarza, którą tamten nazwał w izbie Oksanoczką. Twarz rozgorączkowana, półprzytomna.

    Dziewczyna dopadła doń i zduszonym głosem prosiła: „Niechże mnie pan zabierze!", a on ochłonąwszy z pierwszego zdumienia, „Skąd?" pytał, „Stąd!", „Gdzie?" pytał znowu, „Byle gdzie! Do miasta! Byle stąd!", a on usiłował tłumaczyć swą sytuację, że jest w drodze, że dlaczego miałby ją zabierać z rodzinnego domu, co ona sobie wyobraża, z taką jakąś miękką, ale bezwiedną stanowczością, i dalej, że po okolicy sam ledwo z życiem przemyka, dlaczego miałby ją zabierać stąd, gdzie ma ona swoich, a ona wtedy: „Zatłukli siekierami matkę!" wykrzyknęła mu prawie w samą twarz, chwytając go za ręce, a on te ręce od swoich przez chwilę całą siłą odrywał i zapytał: „Kto?! Kto na Boga Jedynego?!", choć nie musiał, wiedział już zanim ona powiedziała: „Oni", głową potrząsając w kierunku domu, i dalej, że matka podnosiła na nich głos, z kim oni się włóczą, i zaraz (wciąż tak w pół na krzyku), że oni przyszli z lasu i powiedzieli, że trzeba ją zabić, taki jest rozkaz, i to zrobili, jeszcze tylko po chwili dodając o sobie, że ją to zaprowadzili w niedzielę do cerkwi, przechrzcili, co powinien był również wiedzieć wcześniej, już wówczas pewnie, kiedy tych dwóch tam pod tym piecem stojących nie spuszczało zeń sępiego wzroku, ale w tym momencie przez podwórze od strony domu poniósł się głośny trzask, dziewczynę od siebie powtórnie odepchnął, skoczył do wrót, spojrzał w tamtą stronę, a upewniwszy się wkrótce, że nikogo w pobliżu nie ma (był to zapewne trzask zawieranych zasuwą drzwi do frontowej sionki domu), cofnął się w mrok wnętrza stodoły. Już jednak jej tam nie było, musiała wypaść na zewnątrz jakimś sobie tylko znanym innym przejściem.

    Było już późno, była noc, czuł we wszystkich mięśniach piekielne zmęczenie, ale nie mógł zasnąć; nawet wydawało mu się, że nie może zmrużyć oczu, jakby tam coś w głębi oczodołów się zacięło. Wciąż leżał zapatrzony w szpary we wrotach i szpary między deskami w ścianie stodoły od strony podwórza, którymi sączyły się sine drobiny księżycowego światła, lecz nie nasłuchiwał, czy dojdą go jakieś szmery z zewnątrz, a jeżeli nawet od czasu do czasu jakiś szmer do jego uszu mimo woli docierał, to wiedział, że nie było w nim teraz żadnej groźby, że nie poważyliby się, i coś w rodzaju modlitwy tłukło mu się mało składnie po głowie: „Boże, wybacz mi za nich, jako że jestem jak oni człowiekiem..."; dalej nie mogąc zasnąć, choć mocna woń świeżego siana, na którego wiązce, okryty derką końską, leżał, odurzała.

    Potem nawet dziewczyny nie było w jego myślach, ani tego, co mu powiedziała, ale myśli krążyły gdzieś daleko wokół spraw mało ważnych, jak miast, do których mógłby, nie pozbywając się konia, dotrzeć, różnych miejsc łączących kolejowe szlaki, wokół pociągów, do których mógłby być może wsiąść i jakie strony są jeszcze bezpieczne o tyle o ile, a jakie nie, dochodząc do przekonania, że tak naprawdę to żadne strony, bo człowiek wszędzie jest jednako zawzięty i zdradziecki, i jak tłumaczyłby się, gdyby teraz na niemiecki patrol się nadział, bo czy jego papiery są jeszcze tutaj ważne nie wiedział, albo co zrobiłby, gdyby go gdzieś tam ogarnęli sowieccy partyzanci, a wreszcie, u kogo można by kupić trochę żywności i czy wkrótce w ogóle cokolwiek kupić się da. Także wokół różnych osób z rodziny i kręgu bliskich, lecz bez pytań, czy żyją czy nie, tylko ot tak, wywodząc z pamięci obrazy ich twarzy i jakieś charakterystyczne ich gesty, słowa, nawyki, obyczaje. Ale cały ten świat ludzi, przedmiotów i widoków (widoków nieraz doskonałych!), ukazujący się w jego głowie w tej głuchej nocnej godzinie, był jakby za półmatową taflą szkła, unieruchomiony raz na zawsze, być może nawet umarły; i tak upływała mu noc.

    Wciskające się przez jedne szpary do wnętrza księżycowe światło przemieszczało się z wolna w szpary inne, dźwignął się z siana tylko raz, ażeby oswobodzić pysk konia z worka z niedojedzonym obrokiem i podsunąć mu wiadro z wodą, i zaraz się na nowo w sianie położył. A wciąż było zupełnie cicho i wydawało mu się, że ani trochę nie spal, lecz jednak chyba krótko spał, bo w pewnej chwili jego wnętrzem wstrząsnęło zimno i odpychając się od tamtych myśli, gwałtownie zaczął trzeźwieć; leżał z odrzuconą derką, przypominając sobie, że ją odrzucił czując, że go dusi, jakby ktoś niewidzialny zwalił mu się nagle całym swym nie do uniesienia ciężarem na pierś. Wiedział, że tego zimnego rozdygotania, leżąc tak dalej, nie zdoła uśmierzyć, więc podniósł się z siana, wdział buty i stanąwszy, pełną piersią oddychał, starając się tym mroźnym, czystym powietrzem napełnić płuca po brzegi i przywrócić nim swemu ciału znowu zdolność do życia, uświadamiając sobie jednocześnie miejsce, w jakim się znajduje i mgławicowo, jak jakieś zamierzchłe, odległe wspomnienie, słowa dziewczyny, o jej matce, rzucone mu jak kamieniem w twarz, zanim w głębi tej ślepej ciemności wokoło ona sama gdzieś przepadła.

    Wciąż było zupełnie cicho dookoła, ale gdy podszedł do wrót, uchylił je i wyjrzał na zewnątrz, to wtedy z bardzo daleka dotarło doń przeciągłe, wilcze wycie psa; wkrótce dołączyło doń drugie i trzecie, stłumione, bo jeszcze dalsze, powtarzające się kilkakrotnie jak echo tego pierwszego, i być może pobudzone tym dźwiękiem serce ścisnęło mu się czymś nie dającym się bliżej sprecyzować; nie wiedział, czy to lęk czy jakieś niejasne przeczucie czegoś, co będzie musiał doznać, przejść, udźwignąć, żeby nadal żyć, nie, naprawdę nie wiedział, i że w tej chwili się nie dowie też wiedział, ale był w tym na pewno żal i nagła, rozdzierająca myśl, że ledwo wyszedł z chłopięctwa, a już wkraczał jakby w starość, bez tych lat pomiędzy, kołacząca się natrętnie po głowie wraz z przypomnieniem słów z Mateusza, którego kiedyś czytywała mu i objaśniała jego arcypo-bożna babka: „Dopiero byłem dzieckiem, jestem starcem...", myśl nie chcąca zaniknąć, nawet się oddalić. Z wysiłkiem zmusił się do zastanowienia, czy już na niego czas, przypominając sobie, że gospodarzowi obiecał, że zatrzyma się tylko do świtu i już go nie będzie.

    Z barwy bezobłocznego, twardego jak z żelaza, wysoko rozpiętego nieba, nawet nie spoglądając na zegarek, odgadywał mający niebawem zacząć się przecierać świt. Oddech w mroźnym powietrzu zmieniał się w siny kłębek pary, dachy tu i ówdzie smużyły się srebrnymi płatami szronu, już jednak przyćmionymi nieco, bo księżyc bladł. Wieś w oddali wprawdzie kryła się jeszcze w ciemności, ale i w pierwszych już z kominów dymach, niżej przesypanych iskrami, ukazującymi gdzie do pieca podrzucono co dopiero na podpałkę słomy. Tylko chata jego gospodarza nie zdradzała oznak życia. Wrócił więc do konia, popieścił dłonią jego głowę, zatopił na krótko twarz w delikatnie kłującej go sierści jego szyi, wdychając ciepłą, jakby lekko słodkawą woń jego skóry, potem osiodłał go, zgarnął swoje rzeczy, przytroczył je do siodła, a jeszcze potem wydobył z futerału u siodła sztucer i zarepetował go. W czasie tych wszystkich czynności żuł wyciągnięty z kieszeni kurtki kawałek twardego suchara i zastanawiał się, czy istotnie czuje głód, czy też jest to tylko nawyk włożenia po nocy czegoś jadalnego w usta, bo ostatnio jego żołądek coraz rzadziej domagał się jedzenia. A potem wyprowadził konia na podwórze, zawarł wrota stodoły, zasunął skobel i nasłuchiwał dobrą chwilę, ale że wciąż dookoła panowała pełna cisza, a najcichsza była pobliska chata, poprowadził go pewną ręką do wyjścia z podwórza i dopiero tam, pod koniec dróżki między płotami z patycza, spostrzegł u płotu kulącą się ludzką postać.

    Była to dziewczyna, córka gospodarza. Miała na sobie jakieś ciepłe okrycie, jak do dłuższej drogi, w rękach przytrzymywała niewielki węzełek, więc przystanął, ona doń doskoczyła, gwałtownie chwytając go znów, jak wtedy, przed nocą w stodole, za obie ręce, a cała była w dreszczach i jej drżące wargi wprost szatkowaly stówa, gdy wykrzyknęła doń ogłuszającym szeptem: „Nic na to nie poradzę... Zaraz mi to przejdzie! Nic na to nie poradzę!", ale oderwał ją od siebie i nie mówiąc nic pomógł dziewczynie dźwignąć się na siodło, sam zaś poszedł u boku konia, a choć sztucer wciąż zaciskał pod prawą pachą gotowy do strzału, to jednak nie myślał o ostrożności. Tylko że potem, zanim jeszcze doszli do głównej drogi, przechyliła się z siodła ku niemu i powiedziała, żeby nie iść przez wieś, a jak najdalej od cerkwi i gospodarstwa popa, bo tam zatrzymał się prowydnik i jego starszyzna, czuwają więc tam straże, ani nawet łąkami nad rzeką nie iść, tam znowuż pilnują przy brodzie przeprawy, że trzeba jarem prowadzącym wśród wzgórz zaraz za sadami i na bezdroża, i zrobił to, co mu kazała, była przecież miejscowa, musiała wiedzieć najlepiej, jak przebijać się przez ten teren najbezpieczniej i niepostrzeżenie.

    Lecz widać się myliła. Albo już tak przez los było mu pisane, skoro bez żadnego sprzeciwu jej posłuchał. Bo kiedy tylko za wsią i za sadami zsunęli się kamienistą dróżką w jar, to powietrze szybko zaczęło oczyszczać się z nocnej ciemności. Wprawdzie poblask połówki księżyca ledwo co po wierzchu muskał jeszcze porośnięte niewysokimi krzaczkami ściany nie bardzo stromego tutaj jaru, to jednak poszerzająca się w miarę ich postępowania drożyna, która pewnie wiosną i jesienią zmieniała się w rozlewny strumień, drążący ją jak koryto, uczyniła się teraz całkiem nieźle widoczna. I wtedy właśnie – a uszli już z dobre pół kilometra albo nawet więcej od wsi i miał zamiar dosiąść konia, by usadowić się za plecami dziewczyny – tam gdzieś z góry, z połowy wysokości ściany jaru od strony pozostającej w oddali wsi, padł strzał. Tylko jeden, choć huk zwielokrotniły echem skaliste ściany, a dziewczyna natychmiast zsunęła się bezgłośnie z siodła na ziemię i została tak bez ruchu, wyciągnięta tam płasko obok swojego węzełka.

    Właściwie zaś zaszło kilka rzeczy naraz. Bo kiedy huknął ten strzał i echo powtarzało go wciąż jeszcze, a ciało dziewczyny (zamiast jego martwego ciała) zsuwało się jak naładowany czymś nazbyt lekkim (ażeby wywołać hałas przy upadku na ziemię) worek, to on, który szedł obok konia i był nim od strony strzelającego osłonięty, z tym sztucerem, którego nie wypuszczał z ręki od chwili wyjścia ze stodoły, gdzie nocował, błyskawicznie pokulał się po drożynie i potoczył pod krzaki odgraniczające drożynę od wznoszącej się tuż za nimi przeciwnej skalistej ściany. Koń w tym samym czasie już cwałował gdzieś w głąb jaru, odgłos jego kopyt zanikał, a w pobliżu wokoło znowu panowała cisza jak makiem zasiał, jak gdyby w ogóle nic się nie zdarzyło, ani zdarzyć miało.

    Musiało w tej ciszy upłynąć jeszcze dobrych kilka minut. Bo zrazu w zaczynającym szarzeć świetle tam w połowie pochyłości ściany jaru była tylko podniebna samotność trzech, może czterech drzew bez liści, co stały między kusymi zaroślami, i jakiś przeciągły szmer, ale pewnie nie wiatru, tylko być może tych uchodzących wciąż gdzieś w górę resztek mgły. Więc upłynęło dobrych kilka minut, zanim coś się tam poruszyło i stamtąd w dół, trąconych stopami, potoczyło się kilka kamieni. Ale jeszcze nie zaraz zobaczył trzy stojące tam i obserwujące dno jaru postacie, dopiero gdy się uniósł nieco na rękach i pomiędzy tymi dwoma krzaczkami, do których się dokulał, przybrał wygodniejszą pozycję, przysiadając na piętach -ciemne, nieruchome sylwetki na tle pojaśniającego nieba. Potem w zamyśleniu, jednakże coraz czujniej, patrzył jak oni schodzili stamtąd z góry z początku wolno, w końcu nieco szybciej, wreszcie biegiem i zrazu nie mówili nic, aż kiedy znaleźli się na dole. Nie mylił się, było ich trzech.

    Potem już stali nad leżącym niezupełnie pośrodku, ale też nie na samym skraju drożyny ciałem dziewczyny, wciąż trzymając swoje obrzynki w pogotowiu do strzału i posłyszał ich głosy jeszcze wyraźniej, gdy jeden z nich się nachylił, złapał ją za ramię, szarpnął i odwrócił przodem do góry. Wtedy ten drugi doskoczył do jej ciała też. A potem oni obaj, a byli to jej bracia (nie miał wątpliwości już kiedy jeszcze schodzili ze wzniesienia), zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego, ten trzeci zaś, co stał nieco z tyłu, jej ojciec, wprawdzie bez broni palnej, ale z sękatym kijem w ręku, krzyczał na nich obu i rozpaczliwie zawodził na przemian. Potem rozpinali jej płaszcz, potrząsali nią, może próbując doszukać się w jej ciele resztek życia, a potem stali nad nim i rozglądali się dookoła. Więc już dłużej nie mógł czekać. Odpalił raz za razem dwa naboje, celując do każdego z chłopaków tak na oko w prawą stronę brzucha, i gdy runęli na ziemię prawie jednocześnie, podniósł się spomiędzy tych krzaczków, skąd strzelał i podszedł ku nim wolno, sztucer mając przygotowany do strzałów następnych. Ale nie były wcale potrzebne. Niczego nie był tak pewny jak swojej ręki i swojego oka, po jednej kuli wystarczyło, bo oni, tak jeden jak i drugi, trzymając się za brzuchy, zwijali się na ziemi wśród jęków, krzyku i płaczu, i wykrwawiali się szybko, ten zaś z sękatym kijem, ich ojciec, stał obok, jak sparaliżowany, niemo patrząc na niego, potem odwrócił się od nich i przypadł do nieruchomego ciała córki.

    On wtedy pozbierał te ich dwa obrzynki z ziemi i odrzucił je jak najdalej w krzaki. Chwilę stał nad jednym z chłopaków i patrzył, jak umazanymi krwią dłońmi usiłuje powstrzymać to coś, co wylewało mu się z brzucha i jak mdleje, i na jego brata też popatrzył raz i drugi, starając się odgadnąć, na ile w nim życia, na godzinę czy więcej. Dwu- albo trzykrotnie wznosił już sztucer do strzału i ten drugi, wciąż przytomny, zamykał wtedy oczy, ale sztucer zaraz opuszczał, mówiąc sobie, że nie trzeba, że po co, że na co, i jeszcze chwilę myślał o ich ojcu, który choć staro wyglądał, to nie był stary wcale, i co on synom powiedział i co zrobił, gdy kiedyś, tak jak wczoraj, wyszli z lasu, powrócili do domu i zabrali się do zarąbywania matki. I czy on im w tym był pomocny, zastanawiał się również. Wreszcie podszedł do niego. Znowu sztucer, jakby sam, odruchowo mu się w górę poderwał, ale zaraz strzału poniechał, ktoś przecież powinien ich był wszystkich w ziemi pogrzebać, tak pomyślał. Później gwizdnął w wyuczony sposób na swego konia, a po małej chwili rozległ się niedaleko tętent. Wkrótce wyłonił się on z głębi jaru i zbliżył wyrównanym, niespiesznym truchtem. Dosiadł go i w półobrocie z siodła popatrzył jeszcze krótko, jak tamten, milcząc, klęczy nad nieruchomym ciałem córki. Dał koniowi znak i ten popędził.

    Przejaśniało się teraz prędko. Horyzont na wschodzie zaciągała blada czerwień. Koń cwałował swobodnie, spokojnie, a on w rytm wyrównanego tętentu jego kopyt modlił się, powtarzając kolejno jakieś z dzieciństwa zapamiętane modlitwy, jedne od początku do końca, inne w części, jeszcze inne tylko w zakończeniu, i w pewnej chwili nagle (choć nad tym się wcześniej nie zastanawiał) w głowie wystrzeliło pytanie, czy modli się, aby tamtych dwóch ziemia na ich wieczny odpoczynek nigdy nie przyjęła, czy o coś innego, ale to pytanie odepchnął od siebie z gwałtowną niechęcią. Potem pomyślał, że modlitwy z wyrażonym życzeniem są próbą wymuszenia czegoś na Bogu, a przecież on niczego wymuszać nie chce, nawet niczego sobie szczególnego nie życzy, gdyby bowiem sobie życzył, byłaby to gorąca prośba o rzucenie klątwy na żyjące i przyszłe pokolenia tamtych”.

    Za: W. Odojewski, „…i poniosły konie”, Warszawa 2006, ss
    [/cite]
    Kto normalny dyskutuje sam ze sobą w założonym przez siebie temacie wklejając kilometrowe cytaty i całe opowiadania? Może wklej pół encyklopedii, wtedy wyjdziesz na mądrego. Czy ty sądzisz, że ktoś poza tobą to czyta?

  • kąkol 2014-09-25 22:35:17

    popieram co do jednego że na forum powinno się swoje spostrzeżenia wpisywać a nie ściągać innych

  • cheftain 2014-10-02 12:31:15

    Krokodyle łzy Wildsteina

    wildstein.jpg
    Bronisław Wildstein w najnowszym tygodniku „Do Rzeczy” rozpisał się o Ukrainie. W tekście „Jestem Polakiem, pomagam Ukrainie” wyłożył swoje credo. Przyznam, że mnie nie zaskoczył:

    „Rezygnacja z koncepcji jagiellońskiej, a wiec wspólnoty państw Europy Środkowo-Wschodniej, skazała je na poszukiwanie indywidualnych rozwiązań politycznych. Szczególnie uderzające było to w odniesieniu do Węgier ze względów ideologicznych szykanowanych przez establishment unijny.”
    „Rozmaici autoproklamujący się „polityczni realiści” negują etykę w międzynarodowych relacjach i twierdzą, ze powinny być one wyznaczane wyłącznie narodowym interesem, który zresztą traktują niezwykle doraźnie.”

    „Pleniący się dziś w Polsce tzw. polityczny realizm wyrasta z endeckiej koncepcji egoizmu narodowego. Idea ta przedstawiana dziś jako konserwatywna z konserwatyzmem nie ma ani nie miała nic wspólnego.”
    „Polska ma wspaniałą tradycję Rzeczypospolitej wielu narodów. Ma również piękne hasło: „Za wolność waszą i naszą”, które wskazuje wspólnotę losu narodów. Endecja była „nowoczesnym” zaprzeczeniem tych tradycji”.

    „Opowieści o ukraińskich, banderowskich, żądnych krwi faszystach są wyłącznie wymysłem Putinowskiej propagandy.”

    Kwiatków tego typu jest w tekście więcej.

    Bronisław Wildstein, uśpiony wolnomularz, zdobywający szlify w paryskiej masonerii, a następnie przewodzący krakowskiej loży „Przesąd zwyciężony” namawiając nas do resetu w stosunkach z Ukraińcami, w tym także do resetu – bo tak to trzeba nazwać – dotyczącego zbrodni ukraińskich na Polakach, jest przewidywalny do bólu. Stając w jednym szeregu z polskimi mesjanistami, dla których wszystko co antyrosyjskie jest z gruntu dobre dla Polski, jawi się jako charekterystyczny archetyp całkiem sporego odłamu polskiej prawicy o piłsudczykowskim zacięciu.

    Dając upust swoim rojeniom o idei jagiellońskiej i antymajdanowskich agentach Putina, kąsa Wildstein przede wszystkim endeków, wrednych narodowych egoistów otumanionych przez darwinistę Dmowskiego. Leje Wildstein krokodyle łzy, że nie udało się zebrać narodów Europy Środkowej w antyrosyjskim marszu pod polskim berłem, kapiąc szczególnie łzą serdeczną nad moralnym skarleniem Węgier, które z Putinem postanowiły żyć w zgodzie, podobnie jak Czechy czy Słowacja.

    Nie może Wildstein widocznie zrozumieć prostego faktu, że Węgry, Czechy i Słowacja układają się na własną rękę z Rosją, bo najwyraźniej nie odpowiada im antyrosyjska histeria, w której tapla się polska polityka i być może wyraźniej widzą funta kłaków warte natowskie gwarancje bezpieczeństwa, aniżeli Polska, zezująca na świat przez jankeskie okulary. Może Czesi, Słowacy i Węgrzy, to nie żadni agenci Putina, ale ludkowie twardo stąpający po ziemi, którzy ani myślą ryzykować przyszłością swoją i swoich rodzin w imię ukraińskiego mordobcia się oligarchów?

    Jako niepoprawny realista, diametralnie nie zgadzam się z Wildsteinem. Uważam, że w interesie Polski jest istnienie buforu w postaci słabej, uprawiająca antyrosyjską politykę Ukrainy. Nie jest w polskim interesie, żeby na wschodniej naszej flance wyrosło silne państwo ukraińskie, budujące na micie Bandery swoją historyczną tożsamość.

    Debanderyzacja Ukrainy, także w świadomości społecznej, powinna stać się podstawą jakichkolwiek rozmów z Ukrainą. Inaczej będzie nam ciągle tryskało na wschodzie antypolskie źródło o toksycznych dla obu narodów pierwiastkach.

    Nie sposób nie zauważyć, że spoiwo antyrosyjskie z pewnością nie jest tym, które by cokolwiek spajało w naszej w polityce wschodniej. Wściekle antyrosyjski kurs przynosi nam póki co największe straty ekonomiczne ze wszystkich państw europejskich. Nie dość, że niczego dotychczas politycznie nie osiągnęliśmy, to na dodatek zdewastowaliśmy Grupę Wyszehradzką, tak mozolnie przez lata budowaną.

    Nie mogę pozbyć się wrażenia, że na końcu drogi, którą podąża dzisiaj Polska, spotkamy nienawidzących nas Ukraińców, zniesmaczenych Czechów, Słowaków i Węgrów oraz zadowolonych Niemców. Zamiast psem przewodnikiem Europy Środkowej, staniemy się jej kozłem ofiarnym. Wildstien zapieje zapewne wówczas ze szczęścia, bo w końcu zrobimy to w myśl jego ulubionej zasady – za wolność waszą i naszą.
    Maciej Eckardt

    eckardt.pl

  • cheftain 2014-10-06 08:16:03

    Kwadratura strachu

    Na Łotwie odbyły się wybory parlamentarne – jak przekonywały media w Polsce – „w atmosferze zagrożenia ze strony Rosji”. To typowy propagandowy humbug. Byłem ostatnio na Łotwie i jako żywo żadnej atmosfery zagrożenia nie widziałem. Wręcz przeciwnie – Ryga wydawała się nadzwyczaj spokojna i senna. Zapytany o to przewodnik odparł z uśmiechem: „Tym zagrożeniem żyją jedynie media i politycy”. No tak – pomyślałem – pisz wymaluj, jak u nas.

    Pomimo tego, że zdecydowana większość Rosjan mieszkających na Łotwie nie ma obywatelstwa tego państwa – wybory wygrała, określana nie wiedzieć czemu jako „prokremlowska” – Socjaldemokratyczna Partia Zgoda (aż 38,3 proc.). Partie łotewskie były zdecydowanie z tyłu – prawicowa partia Jedność – 20,1 proc. głosów, Sojusz Narodowy – 15,6 proc., Unia Zielonych i Związku Rolników – 7,1 proc., Łotewski Blok Regionów (LRA) – 7,1 proc. Oczywiście reguły „demokracji” łotewskiej są takie, że partia reprezentująca Rosjan nie może być w rządzie, więc będzie izolowana. Przypadek łotewski jest bardzo charakterystyczny dla polityki państw bałtyckich – jest to polityka strachu przed Rosją i dyskryminowania mniejszości słowiańskich (także ponad 25 proc. Polaków nie ma obywatelstwa łotewskiego).

    Kraje bałtyckie to przyczółek antyrosyjskiej polityki Waszyngtonu, a na fotelach prezydentów tych państw zasiadali już obywatele USA (np. Valdas Adamkus). Tak jak na Ukrainie, polityka historyczna Łotwy opiera się na kulcie formacji SS, w tym przypadku SS Lettland. Niedawno rząd Łotwy kupił w Berlinie archiwum tej Dywizji za 35.000 Euro. Polska basuje takiej polityce Łotwy, Łotwy i Estonii, zamiast trzymać się umiarkowanej linii reprezentowanej przez nasze naturalne zaplecze – czyli Czechy, Słowację i Węgry.

    Jadąc do Rygi poczytałem trochę na temat jej historii. I co się okazało? – najbardziej pomyślny okres w historii tego miasta to przełom XIX i XX wieku, kiedy było prawdziwym pomostem handlowym i kulturowym między Wschodem a Zachodem. Zamiast nawiązywać do tej tradycji, Łotwa buduje mury i jest na pierwszej linii frontu ideologicznego przeciwko Rosji. By przekonać do tego swoich obywateli uprawia propagandę strachu i podsyca atmosferę zagrożenia.

    Jan Engelgard
    Myśl Polska, nr 41-42 (12-19.10.2014)

  • kąkol 2014-10-06 22:43:22

    Embargo tylko inaczej nazwane to większe nałożył na nas nasz rząd włodarze miast wydając pozwolenia na otwieranie zagranicznych sieci sprzedaży ostatnio np Duńczycy przejęli masarnię w Sokołowie tam na pewno nie sprzedaje się Polskich produktów a w masarniach nie przerabia się polskiej trzody ani bydła

  • cheftain 2014-10-07 09:35:39

    Rząd i opozycja dokucza społeczeństwu z jednako zapalczywością, no bo jak nazwać zakaz uboju rytualnego wprowadzony przez PiS, chyba prezes chce na siłę udowodnić, że nie potrzebuje mięsa koszernego.. Pozdrawiam.

  • cheftain 2014-10-08 08:17:09

    I kto tu budzi upiory?


    Rzeszowska „Gazeta Wyborcza” uznała, że Rajd Szlakiem Ogniomistrza Kalenia zorganizowany przez Polski System Walki Wręcz HALLER „budzi upiory przeszłości”. Tak więc uczczenie pamięci polskich pograniczników i żołnierzy WP walczących o zachowanie integralności terytorialnej Polski oraz w obronie polskiej ludności – to budzenie upiorów.

    Ciekawe, że ta sama gazeta nigdy nie zająknęła się na temat renesansu prawdziwych, realnych upiorów – na Ukrainie. To tam powstały „ochotnicze bataliony” nawiązujące już nie tylko do krwawej tradycji OUN-UPA, ale wprost do tradycji nazistowskiej (vide batalion „Ajdar” z symboliką dywizji „Das Reich”). Widocznie w myśl wytycznych Anny Applebaum „Ukraina potrzebuje więcej nacjonalizmu”, podczas gdy w Polsce nie podoba się przypominanie o krwawych wydarzeniach w Bieszczadach z lat 1945-1947.

    Rzeszowska mutacja „Gazety Wyborczej” nie omieszkała rzecz jasna oddać głosu Piotrowi Tymie, prezesowi Związku Ukraińców w Polsce. Na pierwszy ogień poszedł film „Ogniomistrz Kaleń”. „W tym filmie są gigantyczne kłamstwa. Karykaturalnie pokazane jest polskie podziemie i bardzo fałszywy jest obraz tego, co się działo po wojnie. Jest znakomitym filmem propagandowym grającym na emocjach: scena, gdy żołnierze są pędzeni na pole minowe, scena z obcinaniem głowy toporem. Takie sceny budują podział na dobrych Polaków i sadystycznych, złych Ukraińców. Wiele osób widzi Ukraińców i UPA przez pamięć tych scen” – powiedział Tyma.

    „Po upadku komunizmu wiele osób nie zweryfikowało swojej wiedzy o tym, co się działo Bieszczadach i nie tylko. Nie wiedzą o tym, jak brutalnie działały także oddziały wojska polskiego. Dziwi mnie, że ktoś teraz znów odgrzewa te antyukraińskie klimaty” – dodał. „Kaleń – symbol komunistycznej propagandy. Ale, jak się okazuje, wybór Kalenia jest wyborem bardziej przemyślanym, bardziej ideologicznym. Kaleń staje się symbolem walki z Ukraińcami, z nacjonalizmem ukraińskim. Ale jest to kontekst nieprawdziwy, a uproszczenie bardzo głębokie. To wydarzenie nie przysłuży się relacjom polsko-ukraińskim” – stwierdził z kolei prof. Tomasz Stryjek, historyk z KUL.

    W tej ostatniej opinii jest zawarte słowo prawdy – tak, Kaleń to symbol walki z ukraińskim nacjonalizmem. Myli się jedynak Stryjek, kiedy mówi, że to także symbol walki z Ukraińcami. To stara taktyka banderowska – zrównać pojęcie UPA z narodem ukraińskim. Druga często stosowana „argumentacja”, to wywoływanie upiora antykomunizmu. Banderowcy w Polsce chętnie podsycają kult „żołnierzy wyklętych”, bo jest dla nich wygodny. Jest wspólny wróg – komuna, walczyliśmy po tej samej stronie – przekonują. I choć nieraz pewne niedojrzałe środowiska w Polsce dają się na to łapać, to prawda jest inna.

    To nie „komuna” była wrogiem UPA w 1946 i 1947 roku, lecz państwo polskie. Jego ideowa barwa nie była dla banderowców ważna, gdyby było to państwo rządzone przez przedwojenne partie – byłoby takim samym wrogiem, jak tamta Polska, rządzona przez PPR. Tak samo atakowaliby polskie wsie, polskie posterunki graniczne i wojskowe. Zasłanianie się „antykomunizmem” jest dzisiaj bardzo wygodne, bo pozwala dezorientować polską opinię i siać zamęt między samymi Polakami, co jest celem struktur banderowskich w Polsce od lat. Wojna polsko-polska, szczucie na PRL, komunę, na Wojsko Polskie zwane przez nich „ludowym” i „komunistycznym”, na żołnierzy przelewających krew na froncie wschodnim i w Bieszczadach – to jest strategia banderowców.

    Tyma mówi o „brutalnych działaniach oddziałów wojska polskiego”, milcząc oczywiście o zbrodniczych działaniach UPA, jakby sugerował, że owe „brutalne działania” były powodowane jakimś antyukraińskim amokiem. Trzeba mieć rzeczywiście tupet, żeby głosić takie opinie. Przecież pan Tyma dobrze wie, że podczas Operacji „Wisła” stosowanie siły było organiczne do minimum. 164 ofiary ukraińskie (nie liczę poległych w walkach upowców) to ofiary tyfusu, a nie terroru. Licytowanie się w tej sprawie przez jawnych spadkobierców katów Wołynia – jest wyrazem wyjątkowego cynizmu.

    Rajd Szlakiem Ogniomistrza Kalenia wzbudził entuzjazm biorącej w nim młodzieży. PSWW HALLER nie organizował go przeciwko komukolwiek, ale też nie unikał odniesień do historii i współczesności. Byłoby ślepotą nie widzieć tego, co dzieje się za wschodnią granicą – tych erupcji nienawiści, prymitywnego szowinizmu, płonących pochodni, faszystowskiej symboliki i spoglądania na Zakerzonię jako na przyszły łup.

    Filmowy Kaleń miał swój realny pierwowzór – był nim żołnierz 8 DP Paweł Sudnik, który cudem uniknął śmierci z rąk upowców. Został uwieczniony w filmie Petelskich, filmie znacznie lepszym niż książka Jana Gerharda, filmie, który – wbrew opinii Tymy – nie zawiera „gigantycznych kłamstw”. Gigantyczne kłamstwa to dzieło obecnej generacji banderowców, także tych w Polsce.

    Scriptor
    Myśl Polska, nr 41-42 (12-19.10.2014)

  • kąkol 2014-10-08 22:44:44

    Panie Cheftanin jakim prawem prawem wprowadza pan zamęt na forum PIS już 7 lat nie rządzi wiec nie wprowadził żadnego przepisu jak coś zgłosi to projekt idzie do zamrażarki

  • bokser 2014-10-09 07:35:30

    I niech tak zostanie na wieki wieków. Amen.

  • cheftain 2014-10-09 08:55:38

    Panie kąkol powtórzę za poprzednikiem i niech PiS za ustawy się nie bierze, a tak na marginesie pytanie, kto forsował zakaz uboju rytualnego w Polsce? PiS czy krasnoludki? Ile na tym straciło Polskie rolnictwo? Pozdrawiam.

  • cheftain 2014-10-11 11:57:38

    Ukraińscy szowiniści na wschód od Zbrucza
    Od czasu rozpoczęcia neobanderowskiej rewolucji na Placu Niepodległości w Kijowie (Majdanie) polscy politycy i media prześcigały się w dezinformowaniu społeczeństwa, przede wszystkim przemilczano faszystowską proweniencję organizatorów rebelii i cel, do którego zmierzali. Ounowska euforia ogarnęła dziennikarzy (z wyjątkami) odnosiło się wrażenie, że ich aktywność umysłowa została poważnie naruszona.

    Zapraszani komentatorzy w oderwaniu od kontekstu historycznego i wydarzeń poprzedzających wiecowanie w Kijowie skupili uwagę wyłącznie na „agresji Rosji”, „winie Putina” i „wrogich działaniach separatystów”. Nie obiektywny przekaz informacji powodował mętlik w głowie przeciętnego Polaka, tym większy, że kłamstwa sączone wcześniej nie były dementowane.

    Konflikt zbrojny nie wybucha bez przyczyny, w przypadku Ukrainy on narastał od uzyskania niepodległości przez ten kraj. Przed eskalacją konfliktu ostrzegali rzetelni ukraińscy historycy, weterani II wojny światowej i intelektualiści, ci którzy próbowali odważnie zmierzyć się z haniebnym dziedzictwem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej struktur zbrojnych. Polscy badacze problemu przestrzegali przed odradzaniem się na Ukrainie Zachodniej agresywnego ukraińskiego nacjonalizmu, zagrażającemu pokojowi w tej części Europy. W III RP każdy kto odpowiedzialnie wypowiadał się na ten temat był „agentem KGB”, obecnie jest „agentem Putina”. Obrzucanie niewybrednymi epitetami niezależnych, kompetentnych dziennikarzy i historyków to zasługa dobrze zorganizowanej siatki czcicieli OUN-UPA, od 1990 r. rezydujących w Polsce i decydujących o ważnych sprawach państwa.

    Droga jaka doprowadziła do zwycięstwa politycznych spadkobierców Stepana Bandery była długa i pokrętna, starannie przygotowana, prowadziła przez Polskę, była drogą upokorzeń Polaków. We wrześniu 1989 r. delegacja „Solidarności” pod przewodnictwem Adama Michnika brała udział w pierwszym zjeździe Narodowego Ruchu Ukrainy w Kijowie, na zjeździe pod szczytnymi hasłami wolności i demokracji wybudzono głęboko uśpione upiory ukraińskiego nacjonalizmu.

    Do „rewolucji narodowej” i przejęcia władzy na Ukrainie ukraińscy pomocnicy Hitlera przebywający za granicą przygotowywali się praktycznie od zakończenia II wojny światowej. Po rozpadzie ZSRR wracali na Ukrainę z bagażem nacjonalistycznej propagandy, zmitologizowaną historią OUN-UPA i przesłaniem do Polaków – ludobójstwa nie było, o konfliktach zapomnieć. W stosunkowo krótkim czasie udało się im rozpropagować banderowską patologię i zdobyć przyczółki w ważnych dla funkcjonowania państwa strukturach władzy. Początkowo zabarykadowali się we Lwowie skąd przebojem ruszyli na Kijów.

    Pierwsza, jako organizacja społeczna, zarejestrowała się OUN-Melnyka pod nazwą Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Znacznie większą siłą dysponowała frakcja OUN-Bandery, zalegalizowała się jako partia polityczna pod nazwą „Kongres Ukraińskich Nacjonalistów” (KUN). Partia ta w marcu 1992 r. zorganizowała w Kijowie konferencję, na której podtrzymała cel strategiczny wytyczony przez OUN w 1929 r. – mianowicie budowę państwa na wszystkich „ukraińskich ziemiach etnicznych”. W skład tego państwa maję wejść okupowane terytoria przez Białoruś, Rosję, Polskę, Słowację, Rumunię i Mołdawię. W ukraińskiej nacjonalistycznej terminologii taka Ukraina nosi nazwę „Ukraińskija Samostija Soborna Derżawa”, jej zbudowanie oznacza wojnę z sąsiadami.

    Zapowiedziane wdrożenie w życie zasad „nacjonalnej idei” oznaczało wojnę domową. Ukraina jest państwem wielonarodowościowym, ponad 20% mieszkańców stanowią Rosjanie, a kolejne 30% Ukraińcy rosyjskojęzyczni. Na wspomnianej konferencji wystąpił gen. Rol, który powiedział: „I niechaj dziś i w przyszłości w siłach zbrojnych Ukrainy żyją tradycje UPA (...) wysoka świadomość narodowa, duchowość, dyscyplina, gotowość bić się do ostatniego tchu, do ostatecznego zwycięstwa nad wszystkimi wrogami Ukrainy”. (Wiktor Poliszczuk, „Dowody Zbrodni”, Toronto 2000, s. 683).

    KUN liczył 15 tys. członków, w 1999 r. w Radzie Najwyższej posiadał 4 deputowanych. OUN-Bandery otrzymała pomoc finansową z diaspory i wsparcie Ukraińskiego Komitetu Ameryki. KUN powołał do życia paramilitarną przybudówkę pod nazwą Sportowo-Szkoleniowe Towarzystwo „Tryzub” i „Bractwo UPA”. W styczniu 2005 r. powstała „Wszechukraińska Młodzieżowa Organizacja Społeczna Sojusz Narodowy” nawiązująca do dorobku OUN-UPA i ideologii Dmytra Doncowa, hasłem naczelnym tego ugrupowania jest „Ukraina ponad wszystko”. Najbardziej wpływową partią nawiązującą do tradycji OUN-UPA jest „Swoboda”, partia ta powstała 13 października 1991 r. jako Socjal-Nacjonalistyczna Partia Ukrainy. Jej członkowie w 2011 r. zapowiadali utworzenie „banderowskiej armii”, która przejdzie Dniepr, Donbas i zbuduje tam państwo.

    Na terenie Ukrainy działają legalnie inne niewielkie liczebnie partie i organizacje kontynuujące idee Bandery i Szuchewycza. Na ten temat wiele można dowiedzieć się z ówczesnej prasy, przykładowo: „Młodzieżowy Kongres Nacjonalistów traktuje walkę UPA jako złotą kartę w historii Ukrainy”, lub o tym, że w 2004 r. młodzi nacjonaliści z Wołynia oświadczyli „Młodzież gotowa jest do powtórzenia działań UPA”. W ukraińskiej nacjonalistycznej prasie ukazywały się artykuły amerykańskiego doradcy Zbigniewa Brzezińskiego, autorów z Polski Jacka Kuronia, Grzegorza Motyki, Tadeusza Olszańskiego i innych apologetów OUN-UPA.

    Do terenowej władzy samorządowej na Ukrainie Zachodniej wchodzili czciciele ukraińskiego nacjonalizmu, z ich inicjatywy rozpoczęto budowanie pomników patronom ukraińskiego szowinizmu Banderze, Klaczkiwśkiemu. Wzniesiony w 1992 r. pomnik zbrodniarza wszechczasów Romana Szuchewycza po kilku dniach został wysadzony w powietrze. Zaprojektowana przez Stany Zjednoczone „pomarańczowa rewolucja” na Ukrainie utorowała drogę do prezydentury Wiktorowi Juszczence, do objęcia tego stanowiska był on przygotowywany od 1990 r. Z ramienia politycznej formacji Juszczenki „Nasza Ukraina” do Rady Najwyższej weszli skrajni nacjonaliści min. „wódz” OUN-Bandery Janisława Stećko. Wielu z nich objęło ważne stanowiska w rządzie. Jednym z oligarchów popierający Juszczenkę był Petro Poroszenko.

    „Pomarańczową Rewolucję” wsparły władze polskie, podporządkowane dyrektywom CJA. W jednym rzędzie z banderowcami na placu w Kijowie stanęli prezydenci Polski Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski, liderzy partii PiS i PO. Był to szok dla Polaków czekających na potępienie ludobójczej OUN-UPA odpowiedzialnej za okrutne wymordowanie 200 tys. kresowych Polaków.

    Ekipa Wiktora Janukowycza częściowo zahamowała ounizację ale nie zapobiegła przygotowaniom przez zagranicznych sponsorów operacji „Kijów”. W stosownym czasie setki autokarów z mieszkańcami zachodnich obwodów wyruszyło na Majdan, wieziono faszystowskie emblematy, portrety twórców ukraińskiego ruchu faszystowskiego, broń i inne akcesoria. Sekretarz generalny NATO upominał Janukowycza aby przeciwko „pokojowym” demonstrantom nie zarządzał stanu wojennego z użyciem wojska.

    Rażącą hipokryzją państw UE i USA było popisywanie się wrogością do legalnie wybranego prezydenta Janukowycza i Rosji. Faktem jest, że wielu mieszkańców wyszło na Majdan z pokojowymi hasłami aby zaprotestować przeciwko korupcji, nieefektywnemu zarządzaniu państwem i biedzie, organizatorzy mieli inne cele, mianowicie dokonania kolejnego przewrotu państwowego i przejęcie władzy.

    Organizatorami protestu były radykalne antyrosyjskie i antypolskie, o czym się nie mówi, partie nacjonalistyczne „Swoboda”, „Batkiwszczyna”, „Prawy sektor”. Manifestanci uzbrojeni w broń palną, butelki z benzyną i inne narzędzia rozpoczęli wielomiesięczną „pokojową rewolucję demokratyczną”. W tym czasie sterroryzowali wiele ośrodków władzy, palili biura Partii Regionów, budynki administracji rządowej i posterunki milicji przechwytując broń, niszczyli infrastrukturę własnego państwa. Metodą wypróbowaną przez swoich przodków na Polakach i innych mieszkańcach Kresów II RP w latach 1943-1947 dokonali masakry kilkuset mieszkańców Odessy, którzy schronili się w Domu Związkowym, tragedia miała miejsce 2 maja 2014 r. Inne makabryczne dokonania sił zdolnych wyłącznie do niszczenia, polska TVN, opanowana przez orędowników ukraińskiego nacjonalizmu, nie pokazywała.

    Banderowską rewoltę moralnie i politycznie wspierali goście z Polski, politycy z partii PO, PiS, Twojego Ruchu i Solidarnej Polski. Najbardziej aktywnymi gośćmi byli Paweł Kowal, Kamińska, Syryusz-Wolski, Wildstein, Buzek, Kurski. Skandalicznie zachował się Jarosław Kaczyński, człowiek deklarujący podtrzymywanie tradycji patriotycznych, stanął pod czerwono-czarnym banderowskim sztandarem i wykrzykiwał słowa, którymi pozdrawiali się banderowcy. Był to widok żenujący.

    W czasie neobanderowskiej rewolucji w Polsce zapanował amok, antyrosyjską histerię graniczącą z psychozą podgrzewali eksponenci pracujący na rzecz realizowania globalnej polityki USA. Sytuację komentowali przedstawiciele mniejszości narodowych o poglądach jawnie antypolskich. Sejm podjął uchwałę o „solidarności z narodem ukraińskim”, de facto z jego szowinistycznym marginesem. Straszono inwazją rosyjską, wzywano do przekazywania broni i sprzętu wojskowego zbanderyzowanej Ukrainie wrogiej naszemu państw. Bojownicy Majdanu otwarcie głosili i nadal głoszą, że po rozprawie z Donbasem wystąpią o odzyskanie ziem okupowanych. W amoku dziennikarka Maria Stepan ubrana w czerwono-czarny strój, nawiązujący do banderowskich barw, obwieściła rozpoczęcie wojny polsko-rosyjskiej. Można było to określić jednym słowem – obłęd.

    W skład wyłonionego w wyniku zamachu stanu rządu weszli aktywni działacze partii nacjonalistycznych. Na starcie zajęli się zmianą ustawy językowej. Na Ukrainie ponad 15 milionów obywateli posługuje się językiem rosyjskim a 80% rodzin ma bliskich i krewnych w Rosji. Kierunek, w jakim zmierzali zwycięscy wywołał szok na wschodniej i południowej Ukrainie. Przerażonych manifestantów wsparli robotnicy i górnicy Donbasu. Strajkujący domagali się zorganizowania referendum w sprawie statusu regionów. Samozwańczy rząd Jaceniuka uznał protestujących za terrorystów, separatystów, agentów Putina i odmówił jakichkolwiek rokowań z nimi, zarządził przeprowadzenie akcji wojskowej i milicyjnej z udziałem lotnictwa. Akcję wspierały oddziały Gwardii Narodowej pospiesznie formowane z bojowników Majdanu. Rozpoczęła się wojna domowa.

    Należy przypomnieć, że w okresie międzywojennym, mimo usilnych starań nacjonalistów mieszkających na terenie IIRP, nie udało się im poszerzyć swoich wpływów na wschód od rzeki Zbrucz. Po wybuchu wojny niemiecko- radzieckiej w 1941 r. za wojskami niemieckimi na Ukrainę wyruszyły tzw. grupy pochodne obu frakcji OUN-Melnyka i Bandery.

    Ich celem było tworzenie struktur państwowych, byli oni tam postrzegani jako zbrojni kolaboranci Hitlera i wrogowie narodu ukraińskiego. Minęło 70 lat i nadal są nazywani „galicyjskimi faszystami” a w Użhorodzie „galicyjską zarazą”. Nie ma zgody na zerwanie historycznych więzi z Rosją, mieszkańcy nie chcą państwa budowanego na ideologii opartej na nienawiści i nie tolerują pouczeń w jakim języku mają mówić i jakich bohaterów czcić.

    Monika Śladewska
    Myśl Polska, nr 41-42 (12-19.10.2014)

  • cheftain 2014-10-15 09:33:35

    Kult UPA to nie margines

    Od początku trwania kryzysu na Ukrainie, rozpoczętym protestami na kijowskim (Euro-) Majdanie prawie rok temu, zwolennicy bezwarunkowego popierania prounijnej i prozachodniej części Ukrainy, radykalnie wrogiego wobec Rosji stanowiska i czynnego angażowania się po stronie nowych władz w Kijowie starają się wmówić Polakom, że ekstremizm na ukraińskiej scenie politycznej to tylko margines, nic nie znaczący folklor, pozbawiony wpływów i szerszego poparcia.

    Takim ludziom – politykom i dziennikarzom, którzy za polski „interes narodowy” wyznaczyli wciąganie Ukrainy do UE i NATO (choć dopiero co sami byli „eurosceptykami”) oraz podjudzanie do wojny z Rosją – absolutnie nie przeszkadzały: kult UPA i OUN, Bandery i Szuchewycza; negowanie ludobójstwa na Polakach i historyczny rewizjonizm, przedstawiający bandytów i zabójców jako bohaterów walk o niepodległość; budowanie ukraińskiej pamięci historycznej, patriotyzmu i świadomości narodowej na tradycji kolaboracji z Hitlerem, ukraińskiej dywizji SS i innych formacji ochotniczych; wreszcie – nawiązywanie do nazizmu w symbolice, znakach, kolorach – a nawet kompletnych replikach hitlerowskich mundurów, noszonych przez młodych ukraińskich „patriotów” przy różnego rodzaju uroczystościach rocznicowych, cerkiewnych itp.

    Tymczasem coraz bardziej przekonujemy się, że nowe władze, rządzą Ukrainą od majdanowej rewolucji, w najlepsze kontynuują politykę byłego prezydenta Juszczenki w stosunku do kultu UPA, OUN, Bandery. Na podstawie rozporządzenia prezydenta Poroszenki Dzień Obrońcy Ojczyzny od tego roku obchodzony jest nie jak dotychczas – 23. lutego (była to tradycja radziecka, rocznica powstania Armii Czerwonej) – a 14. października, w rocznicę powstania zbrodniczej, kolaboranckiej Ukraińskiej Powstańczej Armii. „W celu uhonorowania męstwa i heroizmu obrońców niepodległości i integralności Ukrainy, wojskowych tradycji i zwycięstw ukraińskiego narodu, a także dalszej budowy mocnego patriotycznego ducha w społeczeństwie, postanawiam ustanowić na Ukrainie święto – Dzień Obrońcy Ojczyzny, który obchodzony będzie corocznie 14. października” – napisał w rozporządzeniu prezydent Poroszenko.

    Podobne szopki – choć to wyrażenie nie pasuje do powagi sytuacji – odbywały się na zachodniej Ukrainie już nie raz: z okazji 72. rocznicy powstania UPA – organizacji, która odpowiedzialna jest za ludobójstwo na Polakach, liczne akty terroru na Żydach i Rosjanach, i która nie budowała bynajmniej ukraińskiej niepodległości, lecz ramię w ramię z hitlerowską III Rzeszą niemiecką mordowała ludność polską i żydowską oraz zwalczała partyzantkę radziecką, a potem Armię Czerwoną – we Lwowie przeszedł „Marsz Sławy”.

    Ulicami miasta przeszło kilkadziesiąt osób przebranych w mundury z czasów II wojny światowej, także mundury Wehrmachtu, i wyposażonych w broń z tamtego okresu. Organizatorzy podkreślali związek pomiędzy UPA i Majdanem: „Bez przeszłości nie ma przyszłości. Bez UPA nie byłoby Majdanu” – powiedział szef lwowskiej grupy „Pamięć”, Lubomir Gorbacz. Potem pod parlamentem doszło znów do zamieszek; skrajnie nacjonalistyczna „Swoboda” domaga się formalnego uznania UPA za bojowników o niepodległość Ukrainy (żądanie mało zrozumiałe, skoro prezydent właśnie świętem narodowym uczynił rocznicę powstania UPA). Antypolska, antysemicka, antyrosyjska i proniemiecka tradycja uznawana jest więc za fundament suwerenności, świadomości narodowej i obecnych władz…

    Bandera i OUN-UPA dotarły już nawet do szkolnych plecaków: kilka dni przez rocznicą świat dowiedział się, że już najmłodsze ukraińskie dzieci będą indoktrynowane ideologią neobanderowców. Podręczniki, z których dzieci uczyć się będą alfabetu, nafaszerowane są symboliką UPA, i opowiadają fabułę o młodym ochotniku w szeregach UPA, walczącym przeciwko Rosjanom. Pod poszczególnymi literami alfabetu kryją się hasła i treści, które bez problemu uznać można za typową „szkołę nienawiści”. To już drugie wydanie tego podręcznika: pierwsze trafiło do szkół jeszcze za prezydenta Juszczenki, po zwycięstwie Janukowycza w kolejnych wyborach zostało jednak wycofane.

    W Nowym Jorku ukraińscy nacjonaliści zdemolowali wystawę, poświęconą wojnie domowej na Ukrainie i wojnie w Syrii. Powód: ich zdaniem wystawa przedstawia „rosyjski punkt widzenia”. Cała ekspozycja fotografii została zdemolowana, a kuratora wystawy zaatakowano gazem łzawiącym. Rozrzucona za to ulotki, promujące ukraiński ochotniczy batalion „Azow”, złożony z członków Prawego Sektora i Swobody, oraz wykorzystującego nazistowską symbolikę. Podkreślmy: do ataku na wystawę fotograficzną (!) doszło w Nowym Jorku (!). To już jest nawiązanie nie tylko do nazistowskiej symboliki i kolorystyki – to jest nawiązanie do nazistowskiej praktyki walki politycznej!

    To tylko przykłady z połowy października. Każdy zainteresowany bez większego problemu może znaleźć fotografie, dowody na posługiwanie się nazistowską symboliką przez rządowe formacje zbrojne na wschodzie Ukrainy. Każdy, kto odwiedzi zachodnie obwody Ukrainy, natknie się na setki pomników czy kopców ku czci bojowników UPA i Stepana Bandery. Nie wspominając już o czarno-czerwonych flagach czy portretach Szuchewycza i Bandery na szkołach i gmachach administracji publicznej. Kult UPA, kult kolaboracji, barbarzyństwa, ludzi i organizacji odpowiedzialnych za ludobójstwo, rozszerza się nie tylko na samej Ukrainie, nie tylko przenosi się z zachodu kraju ku jego centrum. On już dawno wylał się poza jego granice (przykład: nielegalne pomniki UPA w Polsce, których żadne władze nie odważają się usunąć, choć są… nielegalne, i nie wiadomo, kto je wystawił), i znów – jak za czasów prezydenta Juszczenki i „Pomarańczowej Rewolucji” – osiągnął najwyższe władze w państwie.

    Michał Soska
    fot. Kyivpost

  • cheftain 2014-10-18 09:40:42

    Polacy i Ukraińcy: UPA - dla nas ludobójcy, dlaczego dla nich bohaterowie?

    Mało jest w relacjach pomiędzy nawet zwaśnionymi narodami przykładów tak okrutnie popełnionych czystek etnicznych, jakich na Polakach zamieszkujących Wołyń i Galicję dokonały oddziały nacjonalistycznej Ukraińskiej Powstańczej Armii. Ludobójstwo UPA, zaplanowane z zamiarem całkowitego wyeliminowania Polaków z tych terenów, budzi do dziś przerażenie. Tym większe, że cześć współczesnego społeczeństwa ukraińskiego uznaje członków UPA za bohaterów narodowych, a Stepanowi Banderze stawia pomniki.
    Szczątki mieszkańców Woli Ostrowskiej na Wołyniu, zamordowanych przez nacjonalistów z UPA 30 sierpnia 1943 r. Fotografia z ekshumacji z 1992 roku /Fotografia archiwalna z wystawy "Wołyń czas zaglady 1943-1945" w Muzeum Niepoległości w Warszawie/repr. Marek Skorupski /Agencja FORUM

    Szczątki mieszkańców Woli Ostrowskiej na Wołyniu, zamordowanych przez nacjonalistów z UPA 30 sierpnia 1943 r. Fotografia z ekshumacji z 1992 roku
    /Fotografia archiwalna z wystawy "Wołyń czas zaglady 1943-1945" w Muzeum Niepoległości w Warszawie/repr. Marek Skorupski /Agencja FORUM

    Po ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę, w nocy z 1 na 2 września 1939 roku, władze polskie aresztowały kilka tysięcy Ukraińców podejrzewanych o ewentualną chęć dywersji. Ostatecznie jednak postanowiono wypuścić aresztowanych, a także ukraińskich więźniów politycznych, w tym m.in. Stepana Banderę, odsiadującego w więzieniu wyrok za zabójstwo ministra Pierackiego w 1934 roku.

    Obawy władz polskich aresztujących "element niepewny" były zasadne. Warto bowiem przypomnieć, że Abwehra wraz z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) na długo przed wybuchem wojny planowały wzniecenie antypolskiego, ukraińskiego powstania w Galicji Wschodniej.

    Wobec zawarcia sojuszu niemiecko-sowieckiego Niemcy zarzucili te plany, ale gdy Sowieci opóźniali wejście do Polski w pierwszych tygodniach września 1939 roku, powrócono do pomysłu ukraińskiej dywersji na południowym wschodzie II RP. Antypolskie powstanie, zorganizowane przez OUN, wybuchło w nocy z 12 na 13 września 1939 roku w Stryju, a w kolejnych dniach w innych powiatach. Ukraińcom udało się zająć m.in. Mikołajów, ale już po kilku dniach Wojsko Polskie i policja opanowały sytuację.

    Po napadzie Sowietów na Polskę 17 września 1939 roku rozpoczęła się dywersja na szerszą skalę - i to zarówno ze strony ukraińskich nacjonalistów, jak i ukraińskich i białoruskich komunistów. Taki stan trwał aż do wycofania się wojsk polskich pod naporem Armii Czerwonej. Podział ziem polskich między Niemców i Sowietów zapoczątkował nowy rozdział w historii relacji polsko-ukraińskich.

    Na terenach okupacji niemieckiej, w Generalnym Gubernatorstwie, żyło ponad pół miliona Ukraińców, których władze niemieckie faworyzowały w stosunku do Polaków. Ukraińcy cieszyli się wyższymi racjami żywieniowymi (produkty spożywcze były ściśle reglamentowane w trakcie okupacji), zgadzano się na rozwój szkolnictwa ukraińskiego, a także zezwalano na studiowanie ukraińskiej młodzieży na uniwersytetach w Berlinie i Wiedniu. W grudniu 1939 r. powołano Ukraińską Policję Pomocniczą, a Ukraińcy służyli także w innych formacjach cywilnych.
    Polacy i Ukraińcy
    Przedstawiamy cykl artykułów opisujący relacje polsko-ukraińskie. W sześciu publikacjach chcemy pokazać stosunki między dwoma naszymi narodami, od początku XIX w. do rzezi wołyńskiej i jej następstw, rzutujących wciąż na relacje Polski i Ukrainy.

    Z kolei tereny Galicji Wschodniej zostały włączone do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Natychmiast dokonano tam "reform" mających doprowadzić do ujednolicenia nowej prowincji w stosunku do reszty republiki. Rozpoczęła się zatem nacjonalizacja przemysłu i banków, rozdano majątki ziemskie i kościelne chłopom, dokonano całkowitej przebudowy administracji, wymieniając polską kadrę na Ukraińców i Rosjan, wprowadzono do szkół i urzędów język ukraiński.

    NKWD dokonywało aresztowań "niepewnego elementu". Prowadzono też akcję deportacyjną, która obejmowała głównie Polaków. Akcję rozwinięto na szeroką skalę od 1941 roku. Jednocześnie prowadzono przymusową kolektywizację, która spotykała się z masową niechęcią względem Sowietów. Wszystko to wzmacniało wśród galicyjskich i wołyńskich Ukraińców poparcie dla działalności OUN - jedynej nierozwiązanej wówczas, bo tajnej, ukraińskiej organizacji politycznej.

    Tymczasem OUN przeszedł gruntowne zmiany organizacyjne. Uwolniony Bandera domagał się, by aktualny prowidnyk tej organizacji, Andrij Melnyk, przeniósł się do Szwajcarii i tam reprezentował OUN.

    Wobec odmowy Melnyka doszło do secesji na kongresie OUN zorganizowanym w Krakowie. Powstały wówczas dwie frakcje: proniemiecka OUN-M (melnykowcy) oraz frakcja rewolucyjna, banderowska OUN-R (nazywana też OUN-B). Melnykowcy stali na stanowisku ścisłej współpracy z Niemcami. Bandera traktował tę współpracę instrumentalnie, podobnie zresztą jak Niemcy traktowali współpracę z Ukraińcami w ogóle. Głównego wroga Bandera widział w Związku Sowieckim.

    Owocem współpracy z Niemcami było powołanie dwóch ukraińskich jednostek wojskowych: batalionu "Nachtigall", utworzonego z członków OUN-B, w którym zastępcą dowódcy został Roman Szuchewycz, oraz batalionu "Roland", w którego skład wchodzili melnykowcy (w 1943 roku zostanie powołana jeszcze jedna ukraińska formacja wojskowa w ramach armii niemieckiej - 14 Dywizja Grenadierów SS, znana jako SS-Galizien).

    Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 roku to właśnie batalion "Nachtigall" pierwszy wszedł do okupowanego przez Sowietów Lwowa. Wtedy też Ukraińcy ogłosili, bez zgody Niemców, akt odnowienia Państwa Ukraińskiego, z tymczasową stolicą we Lwowie. Utworzono też rząd z premierem Jarosławem Stećką. Jednocześnie rozpoczęły się organizowane przez Ukraińców pogromy Żydów we Lwowie.

    Historia ukraińskiej państwowości w 1941 r. skończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Po kilkunastu dniach Niemcy aresztowali cały ukraiński rząd. Stećko, wszyscy ministrowie i Bandera zostali uwięzieni (później Bandera ze Stećką trafili do obozu w Sachsenhausen, skąd uwolnieni zostali dopiero w 1944 roku).

    Wobec tych wydarzeń, a także wobec kolejnych niemieckich aresztowań w 1942 roku, OUN-B postanowiła na konferencji referentów wojskowych z końcem 1942 roku o tworzeniu własnej armii - Wojskowych Oddziałów OUN. Celem miała być walka ze wszystkimi okupantami ziem ukraińskich.

    W trakcie narad określono także zasady działania wobec mniejszości narodowych na terenach ukraińskich, w tym również z Niemcami. W przypadku Rosjan zamierzano likwidować tylko komunistów, wierząc w możliwość ukrainizacji pozostałych. Jeśli chodzi o Żydów i Ormian, to uważano ich za społeczności wspierające komunistyczną Rosję, stąd przewidywano ich wysiedlenie. Podobnie miano uczynić z wszystkimi Polakami, a w przypadku odmowy, miano ich likwidować.

    Na czele Wojskowych Oddziałów OUN stanął Dmytro Kljaczkiwśkyj "Kłym Sawur".

    W 1943 roku nacjonalistyczne siły ukraińskie działały w czterech okręgach wojskowych znajdujących się na terenach całego Wołynia oraz Żytomierszczyźnie, a więc obejmowały tereny wykraczające poza granice przedwojennej Polski. Oddziały UPA zasilili rychło żołnierze z dawnych batalionów "Nachtigall" i "Roland", które wpierw przeformowano w 201 batalion policji i skierowano na Białoruś. Dowódcami kompanii w tym batalionie byli Roman Szuchewycz i Wasyl Sydor.

    Pierwszą akcją zbrojną ukraińskiego podziemia był atak na niemiecki posterunek we Włodzimiercu, dokonany na początku lutego 1943 roku, jednak po zakończeniu akcji członkowie oddziału zatrzymali się jeszcze w polskiej kolonii Parośla I. Przedstawiając się za Sowietów, najpierw związali mieszkańców, a potem zabili ponad 150 osób.

    Był to pierwszy masowy mord na polskiej ludności cywilnej dokonany przez ukraińskich nacjonalistów. Wcześniej Ukraińcy dokonywali zabójstw na Polakach, ale głównie atakując przedstawicieli inteligencji, chcąc zlikwidować osoby o dużym autorytecie wśród polskiej ludności na Kresach.

    W dniach 17-23 lutego 1943 roku odbyła się III konferencja OUN-B w okolicach Oleska, gdzie dyskutowano sprawę pierwszej akcji militarnej. Głównym celem ataków miały być teraz Niemcy, przegrywające z Sowietami na froncie wschodnim. Nie wiadomo czy na tej konferencji padły słowa o przeprowadzeniu likwidacji polskiej ludności. Być może wobec planów jej całkowitego wysiedlenia z ziem przyszłego państwa ukraińskiego, niektórzy dowódcy ukraińskich oddziałów postanowili przeprowadzić czystkę etniczną w inny, bardziej brutalny sposób.

    Na konferencji planowano wciągnąć do ukraińskich oddziałów Ukraińców służących w niemieckiej policji na Wołyniu. W marcu 1943 roku i na początku kwietnia aż pięć tysięcy policjantów zdezerterowało lub nie przedłużyło kontraktu w niemieckiej służbie i przyłączyło się do ukraińskiej partyzantki.

    Na przełomie kwietnia i maja ustaliła się oficjalna nazwa dla podziemnych formacji wojskowych OUN - Ukraińska Powstańcza Armia. Nazwę tę ouenowcy przejęli od innej, nienacjonalistycznej partyzantki działającej na terenie północnego Wołynia, dowodzonej przez Tarasa Borowcia "Tarasa Bulbę".

    UPA Borowcia, występując zwłaszcza przeciwko Sowietom, ale również Polakom, odrzucała jednak postulat "czystki etnicznej" i prowadziła walkę tylko militarnie. Jednostka ta została rozbita przez banderowców, a jej resztki włączono do banderowskiego UPA. Podobnie do UPA włączono siłą melnykowców z tworzonej przez nich formacji wojskowej - Ukraińskiego Powstańczego Wojska.

    Upowcy, zdając sobie sprawę z niemożliwości pokonania wojsk niemieckich, postanowili walczyć z aparatem niemieckiej władzy. Wiosną 1943 roku przeprowadzili wiele ataków na niemieckie posterunki policji i siedziby władz administracyjnych.

    Niemcy uznali, że mają już do czynienia z powstaniem ukraińskim, dlatego ściągnęli na Wołyń 25 dywizję wojsk węgierskich. Dla przeciwwagi zaczęli teraz wcielać do policji Polaków lub ściągać z Generalnego Gubernatorstwa oddziały policji z Polakami, co służyło tylko zaognieniu polsko-ukraińskich relacji, zwłaszcza że policja dokonywała też akcji pacyfikacyjnych, zabijając ukraińską ludność cywilną.

    Gdy okazało, że UPA nie jest w stanie pokonać Niemców na Wołyniu, osiągnięty potencjał militarny ukraińscy nacjonaliści skierowali wobec słabszych przeciwników: partyzantki komunistycznej oraz polskiej ludności cywilnej. Zwłaszcza, że po mordzie w Paroślu w kręgach upowskich zapanowało przekonanie, że jest możliwe całkowite oczyszczenie Wołynia z Polaków.

    Likwidację polskiej ludności, podjętą na większą skalę od marca 1943 roku nazywano "antypolską akcją". Napadano głównie na polskie wsie, kolonie, chutory i przysiółki, niejednokrotnie napotykając na organizującą się spontanicznie samoobronę. Polską ludność upowskie bandy mordowały w sposób niesłychanie okrutny - przy użyciu narzędzi rolniczych czy siekier. Dochodziło do podpaleń i wrzucania ofiar żywcem do ognia.
    Dzieje Wołyniaków pisane krwią i łzami
    Dzieje Wołyniaków pisane krwią i łzami

    Historia Polaków na Wołyniu pisana jest krwią, potem i łzami. Krwią tych, którzy zostali zamordowani przez władze sowieckie w podziemiach odebranego wiernym kościoła w Połonnem; potem tych, którzy podczas zesłania trudzili się w kazachskich kopalniach; łzami tych, którzy potracili rodziny podczas... czytaj więcej

    Mordercy znęcali się na polskimi ofiarami. Zabijano wszystkich, nie oszczędzając przy tym ani kobiet, ani dzieci, ani starców. Celem było całkowite oczyszczenie terenu z "elementu polskiego". Służyć temu miało także zalecenie całkowitego niszczenia polskiego dobytku i zabudowań. Po polskości miało nie pozostać ślad. Wzorowano się przy tym na niemieckiej polityce likwidacji Żydów, a także niszczenia Polaków na ziemiach włączonych w 1939 roku do III Rzeszy.

    Do oddziałów UPA przyłączała się często miejscowa ludność ukraińska, zwłaszcza młodzież zafascynowana ideologią nacjonalistyczną. Z drugiej strony, znalazło się wielu ukraińskich sąsiadów, którzy ryzykując życiem, niejednokrotnie ukrywali Polaków lub informowali ich o zbliżającym niebezpieczeństwie.

    Nasilenie rzezi przypadło na Wielkanoc 1943 roku. Atakowano systematycznie miejscowości zwłaszcza na wschodnim Wołyniu.
    Zwłoki polskich mieszkańców wsi Lipniki w powiecie kostopolskim na Wołyniu. 26 marca 1943 roku Ukraińcy z oddziałów UPA zamordowali tam 182 osoby /Fotografia archiwalna z wystawy "Wołyń czas zaglady 1943-1945" w Muzeum Niepoleglosci w Warszawie/repr. Marek Skorupski /Agencja FORUM

    Zwłoki polskich mieszkańców wsi Lipniki w powiecie kostopolskim na Wołyniu. 26 marca 1943 roku Ukraińcy z oddziałów UPA zamordowali tam 182 osoby
    /Fotografia archiwalna z wystawy "Wołyń czas zaglady 1943-1945" w Muzeum Niepoleglosci w Warszawie/repr. Marek Skorupski /Agencja FORUM

    Najzacieklejszy atak przeprowadzono w nocy z 22 na 23 kwietnia na Janową Dolinę, gdzie oprócz Niemców funkcjonowała też placówka Armii Krajowej. Po wielogodzinnym ataku, podpaleniu budynków, i walkach z Polakami i Niemcami, Ukraińcy ostatecznie odstąpili. Śmierć poniosło 600 polskich mieszkańców Janowej Doliny.

    W czerwcu 1943 roku UPA przyjęła tajną dyrektywę całkowitej i powszechnej likwidacji ludności polskiej. Jej apogeum przypadło na lato. Zmasowany, równoległy atak na niemal 100 polskich miejscowości na Wołyniu nastąpił w niedzielę 11 lipca 1943 roku o świcie ("krwawa niedziela").

    Zbrodnie kontynuowano przez cały lipiec i sierpień, a potem już z mniejszą intensyfikacją na jesieni, żeby znów uderzyć w grudniu (zwłaszcza w okresie Bożego Narodzenia) i na początku 1944 roku, gdy wojska niemieckie wycofywały się przed nacierającą od wschodu Armią Czerwoną.
    Latacz, powiat Zaleszczyki, woj. tarnopolskie. Rodzina Karpiaków, na której UPA dokonała mordu 14 grudnia 1943 r. /KARTA /Agencja FORUM

    Latacz, powiat Zaleszczyki, woj. tarnopolskie. Rodzina Karpiaków, na której UPA dokonała mordu 14 grudnia 1943 r.
    /KARTA /Agencja FORUM

    Antypolskie działania ukraińskich nacjonalistów w pewnym stopniu hamowała 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK, która w ramach planu "Burza" docelowo miała przeprowadzić antyniemiecką dywersję na Wołyniu. O wiele częściej akowcy musieli jednak występować przeciwko ukraińskim nacjonalistom i robili to z powodzeniem. Dywizji udało się wyzwolić nawet pewien teren wokół Zasmyków, na którym tymczasowo przywrócono funkcjonowanie polskiej władzy.

    Gdy nie było polskiego wojska, a polska ludność nie mogła się sama obronić, uciekano się także pod opiekę niemiecką lub sowiecką, co sprawiało wrażenie współpracy Polaków z Niemcami i Sowietami.

    Tymczasem w Galicji Wschodniej, wiosną 1943 roku, z ramienia OUN-B Roman Szuchewycz powołał kolejną formację zbrojną - Ukraińską Narodową Samoobronę (UNS), która w grudniu 1943 r. weszła w skład Ukraińskiej Powstańczej Armii jako grupa UPA-Zachód, dowodzona przez Wasyla Sydora "Szełesta".

    Dmytro Kljaczkiwśkyj "Kłym Sawur" objął (a w zasadzie kontynuował) dowództwo sił UPA na Wołyniu, a Roman Szuchewycz został Głównym Komendantem UPA. Prawdopodobnie właśnie wtedy zadecydowano o przeprowadzeniu analogicznej jak na Wołyniu "akcji antypolskiej" w Galicji Wschodniej.

    Tymczasem, pod wpływem nadchodzących z Wołynia informacji o rzeziach na polskiej ludności cywilnej, Polacy w Galicji Wschodniej, znacznie liczniejsi i silniejsi, zaczęli organizować samoobronę. Wyłapywano przy tym potencjalnie niebezpiecznych Ukraińców i ich zabijano.

    9 i 12 marca 1944 roku oddziały AK w ramach akcji "Nieszpory" wyszły nawet na ulice Lwowa i zabijały każdego napotykanego ukraińskiego policjanta. Ale były to jedynie akcje pokazowe.

    W rzeczywistości głównym celem Armii Krajowej była akcja "Burza" i zamanifestowanie polskiej władzy wobec nadchodzących Sowietów, a nie rozdrabnianie się na akcjach samoobrony i odwetach na Ukraińcach. Dlatego też w Galicji Wschodniej powszechnie obawiano się mordów, co skutkowało najczęściej przenosinami Polaków z wiosek do miast, gdzie można było się lepiej bronić.

    Pierwsze masowe mordy na Polakach na terenie Galicji Wschodniej miały miejsce jeszcze z końcem 1943 roku, ale w zasadzie od stycznia-lutego 1944 roku można mówić o realizowaniu planowanej "akcji antypolskiej".

    Atakowano według sprawdzonego na Wołyniu wzoru kolejne miejscowości zamieszkiwane przez Polaków, omijając jednak większe ośrodki miejskie.

    Największym echem odbił się mord w Hucie Pieniackiej z końcem lutego 1944 roku, kiedy to doszło do potyczki między patrolem niemieckiej policji, złożonej z Ukraińców, a samoobroną w tej miejscowości, z którą współpracował 2 pluton AK z Huty Wierchobuskiej. Patrol został ocalony przez atak UPA na wioskę. Po tych wydarzeniach wysłano 4 pułk policji SS, składający się m.in. z Ukraińców służących w 14 Diwyzji SS-Galizien, która wymordowała od 600 do 1500 osób.

    Mordy na Polakach w Galicji Wschodniej nie zostały zahamowane nawet po wejściu na te tereny Armii Czerwonej i zamanifestowaniu siły przez AK w ramach akcji "Burza".

    Ataki UPA wywołały jedynie akcje odwetowe ze strony polskiego wojska, podczas których również ginęła ludność cywilna.

    Analogicznie sytuacja wyglądała na ziemiach obecnie wchodzących w skład Polski, a również zamieszkiwanych przez Ukraińców - na Lubelszczyźnie i na Podkarpaciu, choć tutaj Polakom, dobrze poinformowanym o sytuacji na Wołyniu, skuteczniej udawało się bronić. Częściej też w tych regionach dochodziło do polskich akcji pacyfikacyjnych, podczas których ginęła ukraińska ludność cywilna (np. w Pawłokomie).

    Według polskich badaczy bilans polskich ofiar działań ukraińskich nacjonalistów, wciąż ostatecznie nie ustalony, to według różnych szacunków od 30 do 80 tys. na Wołyniu i od 20 do 70 tys. w Galicji Wschodniej oraz od 6 do 8 tys. na wschodnich obszarach współczesnej Polski.

    Według wypośrodkowanych szacunków zginęło zatem ok. 100 tys. Polaków (do tej liczby należy dodać jeszcze przeszło tysiąc Żydów, kilkuset Ukraińców, Rosjan, Ormian i Czechów zabitych z rąk OUN i UPA).
    Starcia przed parlamentem w Kijowie podczas demonstracji na rzecz uznania Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) za bojowników o niepodległość kraju. 14 października 2014 r. /PAP/EPA

    Starcia przed parlamentem w Kijowie podczas demonstracji na rzecz uznania Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) za bojowników o niepodległość kraju. 14 października 2014 r.
    /PAP/EPA

    Jeszcze więcej osób opuściło te regiony w obawie przed utratą życia, kierując się na zachód, w głąb ziem polskich.

    Tymczasem bilans strat ukraińskich na terenie Wołynia, Galicji Wschodniej, a przede wszystkim na terenie Bieszczad i Lubelszczyzny już w okresie PKWN-u i Polski ludowej to kilkanaście tysięcy ofiar.

    Mimo mordów i ucieczek ludności, Ukraina, a potem Polska, nie stały się jednak czysto etnicznymi ziemiami. Ten "problem" miały rozwiązać dopiero komunistyczne władze Polski i ZSRS.

    Adam Świątek

  • cheftain 2014-11-03 12:14:47

    :
    Uczestnicy pikiety oddali cześć zamordowanym 2 maja w Odessie podczas uroczystości zorganizowanej przez Komitet Ukraiński przed wejściem do Ambasady Ukrainy w Warszawie. Następnie przeszli przed Ambasadę Stanów Zjednoczonych, gdzie demonstracyjnie spalili flagę NATO.
    Zdjęcie:
    Pikietę zorganizowali Ukraińcy mieszkający w Polsce wraz z polskimi przyjaciółmi


    Wpis o anty ukraińskiej i anty natowskiej pikiecie "na Interii wisiał" kilka minut i został usunięty, świadczy to o wielkiej manipulacji faktami. Pozdrawiam.

  • cheftain 2014-12-10 10:01:47

    Czciciele Dirlewangera

    dirlewanger.jpg
    21 listopada hucznie obchodzono w Polsce rocznicę „rewolucji godności” na Ukrainie. Obchodzili ją pospołu członkowie i sympatycy dominującego na polskiej scenie politycznej oligopolu (PO/PiS), który prowadzi między sobą zażartą walkę, ale w kwestii „wiary ukrainnej” jest wyjątkowo zgodny.

    Były zatem marsze, wiece, koncerty i powszechne wezwania do „wspierania Ukrainy”. Rocznicę „rewolucji godności” obchodzono też na Ukrainie. Niestety tylko nieliczne media posługujące się językiem polskim podały informacje o rzeczywistym charakterze tych obchodów. Należał do nich portal kresy.pl, który 26 listopada zamieścił krótką notatkę pt. „Wielbiciele kata Powstania Warszawskiego świętują na Majdanie”.

    Warto ją zacytować w całości. „Wśród studentów kijowskich uczelni – czytamy – którzy w piątek świętowali rocznicę wybuchu rewolucji, objawili się miłośnicy Oskara Dirlewangera – dowódcy znanych z barbarzyństwa oddziałów niemieckich kryminalistów mordujących mieszkańców Warszawy w czasie Powstania Warszawskiego. 21 listopada na ulice Kijowa wyległa znaczna liczba ukraińskich studentów. Wśród nich uwagę zwracała specyficzna grupa, trzymająca flagi z symbolem „Czarnego Słońca” – stanowi ono także integralny element herbu bataliony „Azow”, do którego zaciągnęło się wielu ukraińskich neonazistów. Około 2:30 minuty nagrania widać jak grupa ta dumnie prezentuje flagę z napisem „Dirlewanger Skinheads” i wizerunkiem niemieckiego zbrodniarza, odpowiedzialnego za nieopisane okrucieństwa wobec mieszkańców Warszawy w lecie 1944 r.”

    Nazyfikacja Ukrainy

    Należy dodać, że SS-Oberführer Oskar Dirlewanger był nie tylko katem Warszawy. 36. Dywizja Grenadierów Waffen-SS „Dirlewanger” była specjalną jednostką SS przeznaczoną do siania terroru na zapleczu frontu wschodniego. Powstała w 1940 roku, początkowo jako batalion, później brygada. Pierwszych zbrodni – na Polakach i Żydach – dopuściła się na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Jednakże swoją ponurą sławę formacja Dirlewangera zdobyła dopiero po ataku Niemiec na ZSRR w 1941 roku.

    Wysłano ją na okupowaną Białoruś celem walki z partyzantką radziecką. Faktycznie walka ta polegała na paleniu całych wsi i mordowaniu ludności cywilnej. Esesmani z jednostki Dirlewangera od stycznia 1942 do wiosny 1944 roku spalili ponad 200 białoruskich wsi i wymordowali około 120 tysięcy ich mieszkańców. Dirlewanger osobiście chełpił się tym, że przekształcił znaczne obszary Białorusi w Wüstezone (tereny pustynne). Owe tereny pustynne to nic innego jak sławna „przestrzeń życiowa” na Wschodzie, której zdobycie dla Niemców było głównym celem rozpętanej przez Hitlera wojny. Nie dziwi więc, że Oberführer Dirlewanger zdobył osobiste uznanie Hitlera i Himmlera, którzy ceniąc „profesjonalizm” dowodzonej przez niego jednostki skierowali ją do tłumienia Powstania Warszawskiego, a następnie Słowackiego Powstania Narodowego.

    W jednostce Dirlewangera służyli nie tylko niemieccy kryminaliści i skazani za różne przestępstwa żołnierze Waffen SS i Wehrmachtu. Służyli w niej także ukraińscy ochotnicy. Jest to bardzo ważne, ponieważ polscy historycy od dawna zaciekle zaprzeczają, że jakiekolwiek formacje ukraińskie brały udział w pacyfikacji Warszawy. Dywizji SS-Galizien rzeczywiście nie było w sierpniu i wrześniu 1944 roku w Warszawie. Jednakże w relacjach osób, które przeżyły rzeź Woli i Ochoty jest niejednokrotnie mowa o esesmanach-Ukraińcach. To byli Ukraińcy z jednostki Dirlewangera oraz jednostki Kamińskiego (SS-RONA).

    Zapewne to właśnie tych Ukraińców postanowili uczcić studenci kijowskich uczelni, opisani przez portal kresy.pl. Po OUN, UPA i SS-Galizien przyszedł najwidoczniej czas, by w poczet bojowników o „samostijną Ukrainę” włączyć także ukraińskich esesmanów z dywizji Dirlewangera. Żaden z ukraińskich kolaborantów Hitlera nie może zostać zapomniany. Wszyscy przecież walczyli o „wolną Ukrainę”, a ich dzieło zwieńczyła dopiero „rewolucja godności”, której rocznicę tak podniośle obchodzono w Warszawie i Kijowie.

    Incydent opisany przez kresy.pl nie jest jakimś tam wybrykiem grupki młodzieży – a tak zapewne potraktowałyby go tzw. wiodące polskie media, gdyby w ogóle o nim wspomniały. To nie była jakaś tam młodzież, ale młodzież uniwersytecka, a więc przyszła elita Ukrainy. Wzorce, do których się ta młodzież odwołuje pokazują jak głęboki jest proces nazyfikacji ukraińskiego społeczeństwa. Oni te wzorce przecież w znacznej mierze musieli wynieść z rodzinnego domu, chociaż nie można wykluczyć, że także ze szkoły (przynajmniej tej na zachodzie Ukrainy). W każdym razie ze środowiska, w którym wyrastali.

    Cała ta brunatna przeszłość – od OUN i UPA po dywizję Dirlewangera – gdzieś tkwi w duszy tego narodu. Po 1991 roku nie tylko nie została ostatecznie wykorzeniona, ale m.in. za sprawą popieranego przez Polskę Juszczenki, a teraz tandemu Poroszenko-Jaceniuk powróciła w glorii chwały.

    Skąd bierze się to banderowsko-nazistowskie szaleństwo? Najprawdopodobniej m.in. stąd, że Ukraińcy są narodem bez tradycji i tożsamości historycznej. Ich historia tak naprawdę zaczęła się na przełomie XIX/XX wieku. Próbują zatem z jednej z strony tworzyć swoją historię i tradycję przez jej preparowanie i mitologizację, a z drugiej strony przez nienawiść do państw i narodów, które kiedyś panowały nad Ukrainą – a więc Rosji i Polski.

    Szał rusofobii w Polsce

    Tego nie chce się w Polsce zauważyć. Wszelkie informacje na temat rosnącej siły ukraińskiego szowinizmu są natychmiast identyfikowane jako „rosyjska propaganda” przez dominujący oligopol polityczny oraz Związek Ukraińców w Polsce. Nie zauważono w wiodących mediach, że partii „Swoboda” co prawda nie ma w ukraińskim parlamencie, ale jej członkowie zapełniają szeregi Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i tzw. batalionów ochotniczych. Jurij Michalczyszyn – lwowski aktywista „Swobody”, znany z najbardziej szowinistycznych wypowiedzi – został właśnie szefem wydziału propagandy i analiz SBU. Wcześniej uczestniczył w „operacji antyterrorystycznej” w Donbasie w szeregach jednego z batalionów ochotniczych.

    Zamyka się oczy na rzeczywistość, ignoruje fakty, byleby tylko wspierać Ukrainę, która jest antyrosyjska. Nakręca się przy tym spiralę rusofobii, która przybiera formy coraz bardziej niebezpieczne. To już nie tylko lejąca się z wiodących mediów propaganda i radosna twórczość w kraju i za granicą dominującego oligopolu politycznego.

    Na początku grudnia zdewastowano 26 nagrobków na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Białymstoku (poranny.pl, 2.12.2014). Jest to czyn haniebny. Nie ma nic bardziej haniebnego w kulturze europejskiej niż dewastacja grobu. Z umarłymi nie prowadzi się wojny. Jest po stokroć haniebne, jeśli dzieje się to w kraju mieniącym się najbardziej chrześcijańskim w Europie i jeśli czynią to ludzie prawdopodobnie uważający się za katolików pełną gębą. W związku z tym, że nie da się ukryć barbarzyństwa tego czynu pojawiły się opinie, że to „rosyjska prowokacja”. Czyli znowu niezawodni „rosyjscy agenci”.

    Nie jestem tego taki pewien. Od roku władze i media nakręcają w Polsce antyrosyjską histerię. Od dawna wielu znanych publicystów i prominentnych przedstawicieli „obozu niepodległościowego” nawołuje do „zrobienia porządku” z symbolami „sowieckiej okupacji”. Ile razy takie wezwania pojawiały się w mediach, ile razy padały ze strony IPN? Jeśli rusofobia jest w Polsce ideologią państwową – a niewątpliwie nią jest – to musi znaleźć jakieś ujście. Gdzie to wszystko prowadzi? Do jednego szeregu z czcicielami Dirlewangera.

    Bohdan Piętka



Reklama
Reklama