W latach siedemdziesiątych, po incydentach wywołanych przez kilku bezmózgowców w Mławie, KTT napisał w „Polityce” felieton zatytułowany „Mława idzie!”. Powiedzenie zrobiło swoistą karierę, można je znaleźć w różnego rodzaju leksykonach i stało się synonimem zwykłego chamstwa. Po tym, co w miniony wtorek spotkało mnie na jednej z ruchliwszych ulic Warszawy, analogiczne mogłoby się stać zawołanie: „Zambrów jedzie!”. Dla mnie w każdym razie już się stało, choć jest oczywiste, że nie można robić uogólnień na podstawie jednostkowego przypadku (ale znakomita większość mieszkańców Mławy też była i jest nadal Bogu ducha winna).
Zdarzyło się otóż, że Aleją Witosa tuż po godzinie 16-tej, gdy w całej Warszawie zaczynają tworzyć się korki, jechał przede mną, w kierunku wylotu na wschód, samochodem marki Peugeot 206 koloru niebieskiego o numerze rejestracyjnym rozpoczynającym się na litery BZA, młodzieniec z panienką. Zajęci byli sobą niezwykle, trudno chyba mówić o zgorszeniu, bo ludzie w ostatnich latach do niejednego już przywykli. Można było jednak przypuszczać, że w pewnym momencie zambrowski samochodzik zatrzyma się na jezdni na dłużej, żeby parka mogła dokończyć dzieła. Z jednej strony ich sprawa, z drugiej niekoniecznie, bo unieruchomienie jednego pasa natychmiast powoduje zamieszanie, korki i ewentualność stłuczek. I właśnie stało się. Zapaliło się zielone światło, a zambrowski samochodzik od paru ładnych sekund nie ma ochoty ruszyć. Zatrąbiłem więc krótko, co w takich sytuacjach jest rzeczą normalną, bo zdarza się, że ktoś zwyczajnie się zagapi. W każdej też takiej sytuacji (mnie również się przytrafiały) kierowca przeprasza gestem za chwilowe gapiostwo i po prostu rusza. Młodzieniec z Zambrowa (prawdopodobnie) poczuł się jednak mocno urażony, wysiadł z auta i rzucił się w moją stronę ze stekiem ordynarnych przekleństw, co zupełnie nie korespondowało z jego licem o wyglądzie cherubinka. Takiej wiązanki dawno nie słyszałem, więc powiedziałem mu, że po pierwsze nie życzę sobie przekleństw i tego, by mówił mi na „ty” (sądzę, że jestem sporo starszy od jego tatusia), po drugie zaraz wezwę patrol policji.
Incydent o tyle był dodatkowo nieprzyjemny, że wiozłem na spotkanie m.in. z marszałkami Sejmu i Senatu niezwykłego człowieka, 92-letniego weterana i bohatera wojennego z Anglii, który m.in. szkolił cichociemnych, a po wojnie przez 25 lat był głównym trenerem na uniwersytecie w Oxfordzie, Alana Mack-Maćkowiaka. Kilka lat temu miałem przyjemność zrobić o nim film dokumentalny, w tych dniach telewizyjną premierę miał film Joanny Pieciukiewicz o generale Sosabowskim, w którym Alan Mack, jako bohater m.in. spod Arnhem, gra istotną rolę. Przez kilka godzin wracał do tego incydentu, bo mu się po prostu w głowie nie mieściło, że spotka się w Warszawie z taką lekcją, jakiej udzielał nam i innym kierowcom na jezdni młodzieniec z samochodu z zambrowską rejestracją.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze